O Juracie królowej Bałtyku

Widziałeś kiedyś wzburzone fale Morza Bałtyckiego, nad szarą wodą chmury, a w wietrze szum wielu, wielu fal…Trochę się bałeś oglądając z brzegu niespokojne morze? Było głośne, a pośród wiatru i szumu fal coś świszczało, jęczało, zawodziło jakby smutnym głosem? Morze to był pewien młody rybak, zakochany niegdyś w Królowej Bałtyku, Juracie, których miłość zniszczył zazdrosny bóg Perkun?

A było to tak… Przed wiekami na dnie Bałtyku swoje królestwo miała morska królowa, zwana Juratą, czy jej piękny, podwodny pałac odbijający się gdzieś pod falami bursztynowo-złotą poświatą znajdował się niedaleko miejscowości, którą możesz znaleźć na mapie i która nosi nazwę…Jurata? Być może. Nad brzegiem morza pewien młody rybak, którego zwano Castitisem co rano rozpoczynał przygotowania do połowu, mozolnie spychał swoją łódkę na wodę i łowił ryby – nie wiedział, że nie może się to spodobać morskiej królowej. Jurata znana była w całym podmorskim świecie, była łaskawą władczynią, opiekowała się wszystkimi morskimi stworzeniami, każdy, nawet najmniejsza rybka mogła się czuć bezpiecznie w królestwie Juraty – wrażliwej, spokojnej i sprawiedliwej. Nie upłynęło więc wiele czasu, gdy zaniepokojone ryby doniosły swojej królowej o codziennych połowach Castitisa.

Jurata, gdy tylko dowiedziała się o praktykach młodego rybaka bardzo się rozzłościła, nie dość, że śmiał naruszać spokój należących do niej wód, to jeszcze nie szanował jej wodnych poddanych i łowił coraz więcej ryb, podczas, gdy ona, Jurata, była dla nich tak łaskawa i życzliwa, co prawda miała pewną słabość – bardzo lubiła flądry, ale jak mawiano w nadmorskich wioskach, Jurata nie potrafiła ich pozbawiać życia i nawet, jeśli już, już miała zjeść flądrę, w połowie przestawała i drugą połowę ryby wrzucała do wody – stąd powszechnie uważano, że flądry, różniące się wyglądem od innych ryb, żyją jako połówki, z jednym okiem i jedną stroną. Czy taki wygląd zawdzięczały Juracie? Tego do końca nie wiadomo.

Wściekła na zuchwałego rybaka królowa postanowiła pomścić złowione przez niego ryby – zwołała wodne nimfy i boginie, najpiękniejsze, o wspaniałych i kuszących głosach, i wraz z nimi przygotowała na biednego Castitisa pułapkę…Orszak Juraty przybył na miejsce, w którym rybak zwykł codziennie zapuszczać swoje sieci, gdy tylko morskie nimfy zobaczyły jego łódź zaczęły śpiewać pięknymi, coraz donośniejszymi głosami, urocza pieśń niosła się nad wodami Bałtyku i wraz z wiatrem dotarła do uszu Castitisa.
Młody rybak, mimo zmęczenia żmudną pracą na chwilę zatrzymał wzrok nad taflą połyskującej zielenią, błękitem i złotem wody, coś w niej zamigotało, coś znów jakby zaśpiewało, wyraźnie z głębi morza dało się słyszeć zrazu urywane, a później układające się w niezwykłą melodię dźwięki – takiej muzyki młody rybak nie słyszał jeszcze nigdy w życiu, co prawda matka czytała mu w dzieciństwie o pięknym śpiewie morskich bogiń, o tym, że śpiew ten może być zgubny, gdy rybak się zasłucha w jego ton…ale o tym Castitis zasłuchany w srebrne i złote dźwięki, ni to fale, ni to wiatr, ni szum morza nie pamiętał i wtedy, nagle z morskich odmętów wydobyła się tuż przed nim piękna pani, patrzyła na niego groźnie, oczy miała w kolorze chłodnego, szaro-niebieskiego morza, cała w zieleni, szmaragdach, bursztynie i złotych łuskach. Nigdy wcześniej rybak nie widział kogoś tak niezwykłego, kobieta, a była nią Jurata, początkowo z wielką złością przyglądała się zuchwałemu rybakowi, który śmiał wtargnąć w wody jej królestwa i łowić ryby, chciała go obezwładnić kuszącym śpiewem morskich bogiń i nimf, wciągnąć pod wodę i udusić, już miała biednego Castitisa wepchnąć w wodny odmęt, schłodzić zimnem swojego spojrzenia, gdy w porannym słońcu zobaczyła jego twarz, a trzeba powiedzieć, że Castitis uchodził za najbardziej urodziwego młodzieńca w całej wiosce, a może i na całym bałtyckim wybrzeżu – Jurata, która nigdy wcześniej nie widziała tak pięknego chłopca, w jednej chwili zakochała się w nim i obiecała darować życie, jeśli Castitis zgodzi się być z nią.

Tak też się stało, królowa co wieczór wypływała ze swego bursztynowego pałacu i spotykała się z ukochanym. Tak mijały dni, tygodnie, miesiące, Castitis i Jurata byli bardzo szczęśliwi, a o ich miłości rozprawiali podwodni mieszkańcy Bałtyku, wieść o zakochanej w śmiertelniku Juracie roznosiła się dalej i dalej, w końcu dotarła do Perkuna, mściwego boga ognia i błyskawic, który władał potężnym i niebezpiecznym orężem – ognistym piorunem. Zazdrosny Perkun postanowił zabić miłość Juraty i Castitisa, cisnął piorunem w wody Bałtyku, ogień zniszczył bursztynowe komnaty pałacu Juraty i zabił królową. Rybaka także nie ominął ponury los – Perkun nakazał przykuć go do podmorskiej skały, do tej poty biedny Castitis płacze za ukochaną Juratą, a gdy ciężkie chmury unoszą się nad Bałtykiem, a w jego wodach szumi wiatr, można usłyszeć jakby łkanie niosące się z wodnych głębin. Czy to głos Castitisa? Może…a gdy na plaży znajdziesz bursztyn, przypomnij sobie o Królowej Bałtyku, czy to kawałeczek ściany ugodzonego piorunem Perkuna pałacu Juraty?

O Panie Twardowskim

Siedzi na księżycu i pali fajkę – kto taki? Podobno to krakowski szlachcic, Pan Twardowski. Czy to prawda? Czy można go zobaczyć? Być może – gdy księżyc wygląda jak rogalik albo gdy jest okrągły i bardzo, bardzo duży. Niejeden widział nawet bez lornetki szare plamki na księżycu – niektórzy mówią, że to dym z fajki Pana Twardowskiego. Kto wie? Panu Twarowskiemu pewnie się nudzi na księżycu, siedzi tam już kilkaset lat, ale, jak mówiono w Krakowie – Twardowskiego mógł spotkać gorszy los. Porwał go diabeł i leciał z nim wysoko, wysoko, Pan Twardowski nie stracił nadziei, patrzył w dół, a Kraków był coraz to mniejszy i mniejszy, zatęsknił bardzo do swoich bliskich, przypomniał sobie dzieciństwo i pieśń do Matki Boskiej, której nauczyła go matka, zaczął ją nucić i gdy diabeł usłyszał pierwsze dźwięki pobożnej pieśni przestraszył się bardzo, chciał lecieć jeszcze szybciej, tak szybko, że zapomniał o Twardowskim i upuścił go, Twardowski śpiewał, a diabeł przerażony nie chciał słuchać, uciekał, żeby tylko nie słyszeć słów pieśni. Twardowski spadał, spadał , aż natknął się na księżyc, szybko się go złapał, wspiął na niego i jak do dziś opowiadają krakowianie będzie tam siedział aż do skończenia świata.

Spytasz – jak to się stało, że diabeł uwziął się właśnie na Pana Twarowskiego i go porwał? Pan Twardowski nie jest bez winy – marzył o tym, by poznać tajniki wszelkiej wiedzy, chciał żyć w dostatku, zadziwiać wszystkich swoją doskonałością. Był tak ambitny, że postanowił zaprzedać swoją duszę diabłu, ale nie za darmo. Diabeł miał mu służyć we wszystkim, w zamian jednak – dostać jego duszę. Twardowski przystał na warunki diabła i jako szlachcic zagwarantował swoim słowem i honorem, że warunków umowy dotrzyma, diabeł przygotował cyrograf, a Pan Twardowski krwią upuszczoną z własnego palca dokument „diabelski” podpisał. A stało w nim m.in., że diabeł ani ciała, ani duszy Pana Twardowskiego nie dostanie, jeśli ten nie przybędzie do Rzymu, tylko tam diabeł mógł go porwać. Twardowski myślał, że diabła przechytrzył – powiedział do siebie: „Do Rzymu nigdy nie pojadę i diabeł mnie w swoje łapy nie dostanie!”

Pilnował się Twardowski całe życie, diabeł wypełniał warunki umowy i mu służył, a sława Twardowskiego w królewskim Krakowie rosła. Widziano Pana Twardowskiego jak latał unosząc ręce w powietrze, a poły jego szlacheckiego kontusza niczym skrzydła niosły go ponad wieżami Krakowa, gdy wybierał się gdzieś dalej ulatywał na wielkim kogucie! Twardowski był bardzo bogaty, nie brakowało mu ani srebra, ani złota, żył prawie jak król i samemu królowi nie musiał zazdrościć niczego. Nie było przekupki na krakowskim Rynku, która by nie opowiadała o bogactwie Twardowskiego, o jakichś złych mocach, które muszą go wspomagać, niejedna mówiła cicho, bojąc się jego czarów, że potrafi nawet wywoływać duchy…

Panu Twardowskiemu nie wystarczało bogactwo materialne, od dziecka był bardzo ambitny, chciał nie tylko wiele mieć, ale przede wszystkim dużo wiedzieć. Poznawał tajniki różnych nauk, a najbardziej zainteresowała go magia. Gdy tylko się nią zainteresował, od razu innych w swojej mądrości przewyższał! Sława Twardowskiego rosła w całym Krakowie, wreszcie jego imię zagościło również na Wawelu i dotarło do królewskich uszu. Król w tym czasie był bardzo smutny, w niczym i nigdzie nie mógł znaleźć pocieszenia – niedawno stracił swoją ukochaną, piękną żonę, którą bardzo kochał. Całymi dniami przesiadywał w komnatach swojej małżonki, patrzył na jej stroje, na to wszystko co pozostawiła, nie umiał pogodzić się z tą stratą, na nic się zdawały zabiegi dworzan i królewskich przyjaciół, król z dnia na dzień marniał coraz bardziej i niektórzy zaczęli się obawiać o jego zdrowie. Wtedy jeden z dworzan przypomniał sobie o tym, czym od dłuższego czasu żyło całe miasto, postanowił przyprowadzić Twardowskiego przed królewskie oblicze. Jeśli nie Twardowski – pomyślał – nikt królowi nie pomoże. Twardowski się zgodził i przybył w królewskie progi. Zobaczył króla postarzałego, pochmurnego, ledwo żyjącego. Mógł spełnić jego życzenie, aby choć na chwilę, tylko raz jeszcze zobaczyć ukochaną, zmarłą żonę. Kazał Twardowski królowi zasiąść przed srebrnym lustrem i sprowadził na chwilę ducha królowej przed oblicze jej smutnego małżonka. Nie wiadomo, czy tak było, ale słynne lustro do dziś dnia przechowywane jest podobno w jednym z podkrakowskich kościółków…

Twardowski stał się ulubieńcem króla, jego nadwornym magiem i doradcą. Życie upływało mu w nieustannej radości, nigdy niczego mu nie brakowało, mógł sobie pozwolić na każdą zachciankę. Tak się do tego przyzwyczaił, że zapomniał niemal o tym dlaczego tak mu się wiedzie i skąd się bierze jego niezwykła moc. Czasem tylko w środku nocy budził się zlany zimnym potem, bo przyśnił mu się diabeł, z którym podpisał cyrograf, zawsze z nastaniem poranka wydawało mu się to tylko złym snem…

Diabeł jednak pamiętał i o Twardowskim, i o cyrografie, i o Rzymie! Pewnego razu, gdy Twardowski zasiedział się do późna za miastem, w drodze powrotnej wstąpił do karczmy, był tak zmęczony, że nie zwrócił uwagi na jej nazwę, wszedł do środka i wtem zerwały się z powały duże czarne wrony, zdążył tylko zobaczyć, że człowiek, który się z nim wita coś za sobą chowa – był to czarci ogon, a spod szlacheckiej czapki wystawały diabelskie rogi. Nie zdążył nic powiedzieć, ani pobiec w stronę drzwi, diabeł mocno go złapał i wylecieli razem przez komin. Twardowski zanim nie wzleciał jeszcze wysoko zobaczył szyld wiszący nad karczmą. Na drewnie widniały cztery duże litery: R Z Y M. Tak nazywała się karczma!

Teraz Pan Twardowski z wysokości księżyca próbuje dojrzeć i karczmę, i Kraków, będzie tak spoglądać do końca świata…

O kwiecie paproci

Gdy wiosna odchodzi i przychodzi lato, w najdłuższą noc w roku zakwita na krótką chwilę niezwykły kwiat – znają go Polacy, Niemcy, Litwini, Finowie, Francuzi… Wszyscy chcą go odnaleźć albo chociaż zobaczyć przez króciutką chwilę, bo tylko tyle ma czasu – raz w roku, aby wychylić się z zielonych liści leśnej paproci i zakwitnąć ognistym, niezwykłym kolorem, o którym od wieków snują opowieści mieszkańcy Starego Kontynentu – Europy.

 

Niewielu udało się zobaczyć ten niezwykły kwiat. Gdzie go szukać? Jedni wychodzą na wysokie wzgórza, inni brodzą po bagiennych lasach i kniejach – cały rok próbują znaleźć sposób na odkrycie kwiatu, ale czy zakwitnie on w miejscu, w którym jest wiele paproci, czy tam, gdzie rośnie jedna, mała, niepozorna i zagubiona – tego nie wie nikt. Czasem wystarczy tylko odrobina szczęścia, a może lepiej w ogóle nie myśleć o kwiecie paproci, o północy, kiedy to zakwita w tę jedną niezwykłą noc w roku, Noc św. Jana, Świętojańską, zwaną też Nocą Kupały?

 

Wiele lat temu w jednej z polskich wiosek żył mały chłopiec, Jacuś, pewnego razu usłyszał opowieść o cudownym kwiecie paproci – ludzie snuli o nim piękne opowieści, mały chłopiec słuchał, słuchał i przed jego oczami zaczęły się pojawiać niezwykłe obrazy, widział to wszystko, o czym mówili bajarze – bogactwo, skarby, jakie przynosi znalazcy kwiat paproci, Jacuś nie mógł sobie wyobrazić jeszcze czegoś, co miał dawać swemu znalazcy kwiat paproci – mądrości i wiedzy takiej, której inni nigdy nie posiądą, w swoich marzeniach Jacuś nie widział też samego kwiatu, ale to nie przeszkadzało mu marzyć o nim, wyobrażał sobie jego niezwykły kolor, kształt małych listków, które na jego oczach rozkwitają przemieniając się w najpiękniejsze płatki świata…Kwiatu paproci miały jednak strzec różne złe moce, które go chroniły przed oczami ciekawych ludzi…

 

Jacuś postanowił odszukać kwiat, z nikim nie podzielił się swoimi planami, gdy w Świętojańską Noc młodsi i starsi mieszkańcy jego rodzinnej wioski bawili się przy ogniskach, puszczali wianki na wodzie, śpiewali wesołe piosenki, a melodia niosła się po rzece, chłopiec niepostrzeżenie oddalił się od światła ognisk, które tej nocy rozświetlały całą okolicę i ruszył w stronę lasu, szukał długo paproci, a wśród nich małego kwiatu, niczego jednak nie spostrzegł, nagle rozświetliło się małe światełko między liśćmi jednej z wielu paproci, nie było to jednak światło, a maleńkie płatki kwiatu paproci, tak jasne, że nawet na tle czarnej jak heban, nieprzeniknionej nocy świeciły jak brylant, a może jak robaczki świętojańskie, nie były to jednak one – Jacuś dobrze znał te migocące światełka lecące nad łąką, które wraz z innymi dziećmi próbował gonić gubiąc czasem drogę do domu. Chłopiec przyglądał się kwiatuszkowi, który zaczął rosnąć i mienić się różnymi kolorami, których chłopiec jeszcze nigdy nie widział, już miał zerwać kwiat, gdy nagle rozpętała się burza, jakieś ciemne postacie zaczęły wynurzać się z lasu, pojękiwać, straszyć, zaczął wiać mocny wiatr, Jacuś niewiele pamiętał ze swojej nocnej przygody, gdy rano obudził się w swoim łóżku – czy to był sen, czy Jacuś naprawdę był w lesie i widział czarodziejski kwiat?

 

Ta myśl nie dawała mu spokoju, cały rok chłopiec myślał o cudownym kwiecie, nikomu jednak niczego nie powiedział o swojej niezwykłej przygodzie, z coraz większą niecierpliwością oczekiwał kolejnej Nocy Świętojańskiej, dni, tygodnie, miesiące dłużyły się chłopcu, nastała jesień, sroga zima, obudziła się do życia wiosna, dni stawały się coraz cieplejsze, zakwitły kwiaty, drzewa okryły się zielenią liści, dzień trwał coraz dłużej – cała przyroda mówiła ludziom, że zbliża się kolejne lato – przyszła wreszcie oczekiwana, najdłuższa noc w roku i Jacuś, tak jak wcześniej planował – znów wyruszył na poszukiwanie kwiatu paproci i tak jak poprzedniego roku – wszystko dokładnie się powtórzyło, tym razem chłopiec już niemal zrywał kwiat, gdy tajemne moce znów go ochroniły i marzenie chłopca nie spełniło się.

Jacuś był jednak uparty, powiedział sobie – „do trzech razy sztuka” i kolejnego lata udało się! Zerwał kwiat i już wiedział, że to nie sen – wszystko zmieniło się w jego życiu jak pod dotknięciem czarodziejskiej różdżki – miał wszystko czego zapragnął, piękny pałac, bogactwa, skarby, niczego mu nie brakowało – mijały dni i tygodnie, Jacusia przestały bawić drogocenne klejnoty, wspaniałe zabawki, pyszne potrawy, chodził od komnaty do komnaty, bawił się w pięknym ogrodzie, podziwiał kolorowe kwiaty, ale był sam – nie miał z kim porozmawiać, z nikim nie mógł się podzielić swoimi bogactwami i radością, był coraz smutniejszy. Wrócił do swojej rodzinnej wioski, znalazł dom rodziców, ale ani matka, ani ojciec go nie poznali – zrozpaczony uciekł do swojego pałacu, gdy w kolejnym roku znów przyszedł do domu – ojciec już nie żył,  a chora matka też nie poznała w bogatym młodzieńcu syna. Chłopiec zmarniał, smutek go nie opuszczał, nie widział już ani swojego pięknego pałacu, ani kosztowności, nie cieszył go swoimi kolorami ogród, gdy jeszcze raz odwiedził rodzinny dom matka już nie żyła. Niewysłowiona pustka zapanowała w jego sercu, tak wielka, że nie mógł jej znieść, zapragnął tylko jednego – nie widzieć już tego świata, ziemia się pod nim zapadła i powędrował Jacuś tam, gdzie może do dziś szuka swoich rodziców, tak jak kiedyś kwiatu paproci…

O smoku wawelskim

W Krakowie, pod Wawelem, u stóp pieczary stoi smok, od czasu do czasu zieje ogniem, ale nie musisz się go bać – smok nie może się poruszyć, ani zrobić Ci krzywdy – to tylko rzeźba, ale przypomina ona o prawdziwym Smoku Wawelskim, który dawno, dawno temu zamieszkiwał jamę pod zamkiem na Wawelu, gdy będziesz w Krakowie, koniecznie udaj się na Wawel, zobacz piękny Zamek Królewski i Katedrę Wawelską, a potem zejdź do Smoczej Jamy – zobacz jak za czasów króla Kraka, założyciela krakowskiego grodu mieszkał smok, nieproszony gość, który zjawił się tu nie wiadomo kiedy i zaczął budzić coraz większą grozę i przerażenie wśród poddanych Kraka…

Król Krak był dobrym władcą, lubianym przez mieszczan, dbał o to, aby gród rozwijał się, a jego mieszkańcy żyli dostatnio – tak też było, ale od pewnego czasu dało się słyszeć w grodzie pod zamkiem coraz więcej narzekań, ludzie bali się wypędzać bydło na żyzne łąki wokół Wisły, co rusz to ktoś krzyczał, że zginęła jego krowa, owca, czy baran. Coś, a może ktoś szerzył spustoszenie w stadach, ludzie biednieli, bali się nieznanego wroga, który uparł się, aby uprzykrzyć im życie. Niejeden zaczął coraz głośniej skarżyć się na króla, głosów tych było coraz więcej, wreszcie dały się słyszeć również na Wawelu. Jedna z córek królewskich, która często bywała na krakowskim Rynku i słyszała co mówią kramarki i kwiaciarki doniosła ojcu o tym, że coś niedobrego dzieje się na mieście – powinien coś z tym zrobić, bo ludzie gotowi jeszcze wzburzyć się przeciwko niemu.

Krak był królem mądrym, sprawiedliwym i rozsądnym – nie miał zamiaru lekceważyć głosu swojego ludu, posłał do grodu swoich dworzan, a ci po powrocie do zamku potwierdzili to wszystko, co wcześniej powiedziała królewska córka. Ludzie wyraźnie czegoś się bali, niektórzy uważali, że ten, kto kradnie z pastwisk owce zakrada się do nich od strony zamku. To tym bardziej zadziwiło króla – sprawa była poważna, Krak postanowił wysłać swoją straż w okolice Wawelu – mieli się ukryć pod wzgórzem w zagajniku i na wszystko co się dzieje, szczególnie nad ranem, mieć baczenie, kilka dni już tak trwali na warcie i niczego niepokojącego nie zauważyli, wreszcie któregoś dnia nad ranem, niemal jeszcze w nocy coś zaczęło szeleścić między drzewami, jakby skradać się, jakby stąpać, a stąpnięcia te stawały się coraz wyraźniejsze i cięższe, strażnicy królewscy cicho podeszli do miejsca, w którym coś się działo… i szybko tego pożałowali, to, co ukazało się przed ich oczami było przerażające, przed sobą zobaczyli wielkie łapy, a na nich osadzone przysadziste, wielkie cielsko smoka, na szczęście wśród ciemności nie zobaczyli jego strasznego łba, ale doskonale wiedzieli gdzie smok ma pysk, z tej strony widać było, bowiem strzelające snopy ognia, chyłkiem przemknęli niedaleko strasznego zwierza i szybko, ile sił w nogach uciekli na Wawelskie Wzgórze, do zamku, wprost przed oblicze królewskie.

Król Krak dał im wcześniej pozwolenie na widzenie się z nim o każdej porze dnia i nocy, gdy tylko zobaczą coś, co ich zaniepokoi – teraz i strażnicy, i sam król wiedzieli doskonale – mają bardzo trudnego wroga do pokonania, do tej pory o smokach słyszeli tylko w opowieściach, a same te opowieści powodowały, że nawet mężnemu rycerzowi nieraz włos z przerażenia jeżył się na głowie… Teraz gad przebrzydły zakradł się tuż przed królewską siedzibę i nic sobie z takiego dostojnego sąsiedztwa nie robiąc – bezkarnie kradł i zjadał owce, co gorsza, tak się ośmielił, że zaczął porywać również młode panny.

Nie pozostawało nic innego – tylko wyzwać smoka na pojedynek! Kto miał to jednak uczynić? Kto mógłby wykazać się taką zuchwałością? Córka królewska poddała Krakowi pomysł – król nań przystał i wysłał wici z informacją do sąsiednich królestw, o czym informował? Zobowiązał się oddać rękę swej córki temu śmiałkowi, który pokona smoka!

Do Krakowa coraz tłumniej zaczęli przybywać rycerze, a byli wśród nich również synowie królewscy, nikt jednak widząc smoka nie odważył się nawet ruszyć w jego stronę, król zaczął już tracić nadzieję na to, że kiedykolwiek smok zostanie pokonany, ale na szczęście mylił się. Nie docenił innego oręża – sprytu i fortelu, którym popisał się krakowski szewc, Szewczykiem Dratewką zwany. Nie miał on ani zbroi, ani pięknego rumaka, ani kopii rycerskiej, ani szabli, ale wierzył w siebie i swój rozum. Pomyślał Szewczyk, że głupia, bezrozumna bestia nie może okazać się silniejsza od ludzkiego myślenia i… sposób na smoka   wynalazł.

Zdobył skórę baranią, wypchał ją siarką, postawił na sztucznych nogach, a tak sprytnie to wszystko wykonał, że do złudzenia żywego barana przypominała… Nie trzeba było długo czekać na smoka, który zwabiony widokiem tłustego barana porwał go i na miejscu zjadł. To był jego koniec – siarka zaczęła bestię parzyć, a w środku miał prawdziwy pożar, raz po raz zionął ogniem, podbiegł w stronę Wisły, pił, pił, pił – niektórzy mówią, że pił tak wodę wiślaną aż przez siedem lat, nadął się jak balon, był coraz to większy i większy, wreszcie – pękł i tym sposobem Kraków od siebie uwolnił!

…A Dratewka, zgodnie z obietnicą królewską pojął za żonę królewnę, żyli długo i szczęśliwie.

O Czechu, Lechu i Rusie

Trzej bracia-Słowianie, Czech, Lech i Rus przed wiekami, gdy w Europie dopiero powstawały państwa, wędrowali po wielkim terytorium między dwiema rzekami, z zachodu była to Odra, od wschodu Dniepr. Przemierzali wielkie połacie pól, lasów. Nie była to łatwa podróż, musieli mierzyć się z dziką przyrodą, niebezpieczną leśną zwierzyną, nie mogli się zgubić wśród leśnych kniei, kto by się zgubił, ten mógł nigdy się już nie odnaleźć. Nie byli to zwykli bracia – Czech, Lech i Rus wędrowali ze swoimi ludami, każdy z nich był wodzem plemienia i choć wędrowali razem, i szukali najlepszego miejsca, w którym mogliby osiąść, każdy z nich wiedział, że powinien samodzielnie zapewnić i sobie, i swojemu plemieniu jedyne miejsce dla niego, w którym mogłoby się rozwijać.

 

Łatwiej było iść im razem, wszyscy byli Słowianami, rozumieli się bardzo dobrze, ale w jednym miejscu nie mogli się zatrzymać. Wędrówka nie była łatwa, z nimi szły dzieci, ludzie starsi, którym niekiedy brakowało sił. Ani Czech, ani Lech, ani Rus nie chcieli jednak poddać się namowom niektórych i ostatecznie zakończyć wędrówkę w miejscu, które wydawało się idealne do tego, aby z nim związać dalsze swe losy. Mądrzy bracia wiedzieli, że szybka decyzja może obrócić się nie tylko przeciwko nim, ale również ludziom, za których jako wodzowie plemion byli odpowiedzialni. Czekali więc na szczególne znaki, które mogły im podpowiedzieć najwłaściwszy z możliwych wyborów.

 

Wędrowali więc dalej wśród szerokich pól, leśnych ostępów, pomiędzy korytami wielkich rzek, wśród pięknych jezior. Wędrówka trwała już długo i wydawało się, że nigdy nie dotrze do celu, który zresztą tak trudno było wyznaczyć. Pewnego razu bracia zatrzymali się na pięknej polanie w pobliżu jeziora. Usiedli pod prastarym, rozłożystym, wielkim dębem, było lato, żar lał się z nieba, wszyscy potrzebowali odpoczynku – chcieli dotrzeć do bezpiecznego miejsca przed wieczorem. Odpoczywali w cieniu wielkiego drzewa i rozprawiali o swej wędrówce… dookoła panował spokój, letnie popołudnie nastrajało do snu, gdy Czech, Lech i Rus ułożyli się wygodnie pod chroniącym ich przed upałem dębem wśród jego rozłożystych, nieprzeliczonych gałęzi usłyszeli szelest, coraz bardziej narastał, wzmagał się i nagle ich oczom ukazał się piękny, dostojny ptak, który z wyżyn swojego gniazda patrzył na nich groźnym, przenikliwym spojrzeniem.

 

Tak zachwycającego ptaka, dumnego i wielkiego jeszcze nie widzieli – był to orzeł biały. Bracia widzieli już podobne orły, ale nigdy tak okazałego. Lech nie mógł od niego oderwać oczu, a ptak nie zwracając już na nich uwagi i nie czując z ich strony żadnego zagrożenia zaczął rozglądać się po okolicy. Jego piękna sylwetka górowała nad koroną drzewa… Lech śledząc spojrzenie ptaka, wstał i również rozglądnął się po okolicy – rzeczywiście było na co patrzeć, nie dziwił go teraz zadumany wzrok króla przestworzy… tak, to z pewnością było królestwo białego orła, a skoro wybrał sobie tu dom, to musi to być znak, który on, Lech, doskonale czuje, na który tak długo czekał! Nie mógł się mylić – powziął postanowienie – zostanie tu wraz ze swoim ludem. Zielona dolina, żyzna gleba, gęste lasy pełne zwierzyny, jagód, grzybów, jezioro zasobne w ryby… szeroka przestrzeń nie dająca się ogarnąć spojrzeniem… pod znakiem orła Lech wybuduje osadę, gród, państwo!

 

Lech idąc w stronę dębu, pod którym nadal odpoczywali jego bracia wiedział już wszystko, także i to, że przyszedł dla nich czas rozstania. Czech i Rus ze zrozumieniem przyjęli słowa brata, pogodzili się z jego decyzją, wiedzieli, że prędzej, czy później tak musiało się stać, a każdy z nich musi też iść swoją drogą. Czech i Rus widząc stanowczość brata, również uznali, że nie powinni już iść razem, a każdy powinien udać się własną drogą – tak będzie im łatwiej odnaleźć miejsca, w których mogliby i oni założyć swoje osady. Czech po krótkim namyśle wybrał drogę na południe, Rus, z kolei, postanowił udać się na wschód. Przyszedł dla braci czas pożegnania – nie było to łatwe, ale też cieszyli się, że cel wędrówki każdego z nich zbliża się.

 

Teraz było im trudniej – plemiona Czecha i Rusa już same, w mniejszych grupach udać się musiały w dalszą wędrówkę, a Lech – podjąć się zupełnie nowych obowiązków – gospodarskich. Bracia pożegnali się i Lech stojąc pod wielkim dębem widział jak oddalali się od niego, nigdy już ich nie zobaczył. Czuł jednak, że nie jest sam – nie mylił się, biały orzeł patrzył na niego z wysokości swego gniazda, chyba nie był mu nieprzychylny, nie zamierzał atakować, ale po dłuższej chwili rozwinął swoje wielkie skrzydła, które załopotały ciężko nad okolicą i odleciał… Przylatywał tu potem często i widział jak dobrym gospodarzem jest Lech, pod jego rządami wybudowano piękny gród, ludzie zakładali gospodarstwa, nie cierpieli głodu, czuli się tu bezpieczni i szczęśliwi.

 

Lech wiedział, że dokonał dobrego wyboru! Gród stawał się coraz większy, piękniał, przybywało domostw, dookoła grodu wił się obronny mur. Gród przypominał wielkie gniazdo gościnnego orła, miejsce to nazwano Gnieznem, miało się ono w przyszłości stać pierwszą stolicą Polski, a Polacy nigdy nie zapomną o dumnym orle, który był dobrym znakiem dla Lecha – piękny biały ptak pozostanie z nami już na zawsze w naszym państwowym godle!

O Warsie i Sawie

Warszawa – dlaczego miasto, które jest stolicą Polski nosi właśnie takie imię? Skąd ta nazwa się wywodzi? Jest co najmniej dwie wersje podań na ten temat, wszystkie jednak wiążą nazwę „Warszawa” z dwoma imionami – męskim i żeńskim: z Warsem i Sawą. Wars i Sawa – od tych dwóch imion ma się właśnie wywodzić nazwa polskiej stolicy. Kim byli Wars i Sawa? Kiedy żyli, co ich łączyło? Dlaczego to właśnie od nich wywodzi się nazwa tak ważnego dla Polski miasta?

Według jednej z legend Wars i Sawa mieli być rodzeństwem, bliźniętami. Pochodzili z biednej rodziny, przyszli na świat w domu rybaka i jego żony, którzy choć biedni, byli bardzo gościnni. Gościnność była jedną z podstawowych zasad w domach rybaków zamieszkujących tereny nieopodal największej polskiej rzeki, Wisły, gdy na świat przyszły bliźnięta, w okolicy było zaledwie kilka domów, oddalonych od siebie, ludzie nie widywali się często, zresztą nie mieliby na spotkania i pogawędki sąsiedzkie wiele czasu, całe dnie spędzali na pracy.

Rybacy wcześnie rano wypływali na wody Wisły i tylko od hojności rzeki zależał szczęśliwy połów i los ich rodzin, żywili się głównie tym co dała im rzeka i rosnący na jej brzegach wielki, pradawny las, gdy przyroda była łaskawa, okoliczni rybacy nie cierpieli głodu, ale gdy zdarzały się susze, burze albo wielkie wichury i deszcze – wtedy los rybackich rodzin nie był łatwy, próbowali jednak za wszystko, co mają, nawet, jeśli nie było tego wiele, dziękować Bogu, a gdy ten w ich progi przyprowadził gości – nigdy nie odmawiali mu strawy, napojów, a gdy trzeba, również noclegu.

Taka gościnność, dziedziczona z pokolenia na pokolenie była wówczas czymś naturalnym, chociaż przyjmowanie do domu obcych mogło być niebezpieczne, w leśnych kniejach kryli się często złoczyńcy, którzy mogli skrzywdzić gospodarzy, czy też okraść ich z dobytku.

Rodzice Warsa i Sawy nie zważając na taką możliwość pewnego razu przyjęli do swojego domu wspaniałego gościa, nie wiedzieli, że był to sam król, Kazimierz Odnowiciel, który przemierzał ze swoim orszakiem drogę z Krakowa do Gniezna, rybak i jego żona nie wiedzieli jeszcze jak bardzo ta wizyta odmieni los ich rodziny i jaką nagrodę otrzymają za serdeczne przyjęcie królewskiego gościa. Królewski orszak zmierzał szybko z miasta do miasta, ale droga przed nim wciąż była daleka, nastał wieczór i przed nocą trzeba było znaleźć bezpieczne miejsce. Królewscy dworzanie znaleźli pośród drzew, na małej polance samotny mały domek, zapukali do drzwi i już za kilka minut gościnni gospodarze szykowali wieczerzę dla swoich gości.

Rybak dopiero co powrócił z wieczornego połowu i najświeższe ryby znalazły się na stole, król posilił się i słuchał opowieści gospodarza i jego żony o ich życiu, dowiedział się, że niedawno zostali rodzicami, urodziły się im piękne bliźnięta, dziewczynka i chłopiec. Dzieci nie było słychać, spokojnie i cichutko spały w drugiej izbie. Dzieci bardzo się królowi spodobały, postanowił też pomóc ich biednym rodzicom, którzy mieszkali tak daleko od większych osad, że do tej pory nie byli w stanie ochrzcić niemowląt, nigdzie w pobliżu nie było księdza.

Król chciał hojnie wynagrodzić gościnnych gospodarzy, wyciągnął sakiewkę ze złotem, ale gospodarze wzbraniali się przed przyjęciem zapłaty, taki był odwieczny zwyczaj i hołdowali mu z całym przekonaniem. Król Kazimierz jednak również nie chciał pozostawić rodziny rybaka bez pomocy – poprosił więc gospodarzy o to, aby pozwolili mu zostać ojcem chrzestnym bliźniąt, był to wielki honor dla skromnych ludzi, król zobowiązał się, że niedługo sam zorganizuje uroczysty chrzest, na polecenie króla podczas chrztu ksiądz nadał bliźniętom imiona: Wars – chłopcu, a dziewczynce – Sawa. Król nadał też nazwisko prostemu rybakowi, ich ojcu, nazywając go Warszem. Warsz, ojciec Warsa i Sawy został też królewskim rybakiem i jako taki, mógł korzystać z różnych nadanych przez króla przywilejów.

Spotkanie z królem Kazimierzem było dla rodziny rybaka Warsza nie tylko wielkim honorem, ale również zupełnie niespodziewaną i doniosłą w skutkach zmianą. Przed odjazdem, po chrzcinach i wyprawionej z tej okazji uczcie Kazimierz Odnowiciel dodał coś jeszcze do i tak już hojnej zapłaty za gościnę u skromnych rybaków. Warszowi, jako już królewskiemu rybakowi oddał w posiadanie puszczę, która zewsząd otaczała polanę, na której stał jego skromny dom. Król wiedział, że pracowity i gościnny Warsz zrobi wszystko, aby nie tylko jemu i jego rodzinie dobrze się powodziło, mądry król wiedział też, że dzięki staraniom rybaka i jego żony z małej, rybackiej zagrody w przyszłości wyrośnie osada, która będzie coraz to większa i większa, gdy monarcha oddawał Warszowi we władanie puszczę rozpościerającą się nad brzegami Wisły, nakazał, aby ta osada, która kiedyś wokół zagrody Warsza powstanie po wiek wieków nosiła jego rodowe imię…

Osada, tak jak myślał monarcha, powstała, przybywało gospodarzy, wszyscy byli sumienni i w pocie czoła pracowali na swój byt, osada rosła w oczach, piękniała i zdobywała coraz większą sławę w bliższej i dalszej okolicy, niedługo potem nazwa „Warszawa” zagościła na mapie Polski, jako jej ozdoba, powód do dumy i stolica.

O Piaście Kołodzieju

Niedaleko Kruszwicy, grodu, którym władał cieszący się złą sławą książę Popiel mieszkał Piast ze swoją żoną Rzepichą i dziećmi. Piast był kołodziejem, człowiekiem bardzo pracowitym, każdego dnia składał drewniane koła do wozów, nie narzekał na brak zajęcia, jego żona opiekowała się dziećmi, wiele pracy miała i w domu, i na przydomowym poletku, chociaż oboje z Piastem byli ludźmi pracowitymi w domu nie przelewało się, ale też ani oni, ani dzieci nie znali głodu, Rzepicha dokładała starań, aby nikomu niczego na co dzień nie brakowało, żyli skromnie, ale w szczęściu i spokoju. Najstarszy synek Rzepichy i Piasta miał już niemal siedem lat – małżonkowie jednocześnie ze szczęściem, ale też z troską oczekiwali dnia, w którym ukończy siedem lat. W okolicach Kruszwicy panował zwyczaj, któremu wszyscy się podporządkowywali od pokoleń – gdy chłopiec kończył siedem lat przechodził pod opiekę ojca, to ojciec w głównej mierze od tego czasu odpowiadał za jego wychowanie, musiał go nauczyć wszystkich czynności, które kiedyś, w przyszłości, gdy stanie się już dorosły, mogły okazać się niezbędne.

W dniu siódmych urodzin chłopca odbywała się uroczystość postrzyżyn – była to nie tylko uroczystość rodzinna, w tym dniu świętowała cała okolica, rodzice siedmioletnich chłopców musieli zatem długo przygotowywać się do tej uroczystości – odpowiednie ugoszczenie tak wielu osób niejednokrotnie przekraczało możliwości skromnych rodzin, zorganizowanie pięknych postrzyżyn było jednak marzeniem wszystkich, którzy mieli małych synów, dlatego na długo przed dniem siódmych urodzin dziecka w domowych spiżarniach gromadzono wielkie zapasy jadła i napojów.

Rzepicha niemal codziennie patrzyła na zasoby swojej spiżarni, doglądała domowego ogródka, uprawiała warzywa, Piast, gdy tylko skończył swoje kołodziejskie prace wybierał się z dziećmi do lasu, który dawał im obfitość różnych jagód i grzybów. Zapasy w domu Rzepichy i Piasta rosły, ale gospodarze wciąż nie byli zadowoleni. Spiżarnia nie była tak dostatnia, jak chcieli… tymczasem dzień siódmych urodzin chłopca zbliżał się coraz szybciej. Nie tylko Rzepicha z Piastem, ale również sam chłopiec starał się na tyle ile mógł wspomóc rodziców – łowił ryby w pobliskiej rzece i szło mu to całkiem dobrze, wybierał miód z leśnych barci… był bardzo zwinnym i mądrym dzieckiem.

Wreszcie Rzepicha z Piastem postanowili, że czas podjąć ostateczne przygotowania do uroczystości, zaprosili gości z całej okolicy i w końcu nastał tak długo wyczekiwany dzień – dzień uroczystych postrzyżyn ich siedmioletniego synka. Nie tylko Rzepicha i Piast byli przejęci, sam chłopiec patrząc na tłumy przybyłych ludzi, którzy przyglądali się mu z uśmiechem i gratulowali rodzicom ślicznego, zdrowego dziecka, które tak szybko rośnie – nieco onieśmielony, czuł jednak, że w jego życiu stanie się coś bardzo ważnego.

Nie przypuszczał, że postrzyżyny, do których i jego rodzice, i on sam przygotowywali się tak długo, o czym myślał nieustannie w ciągu ostatnich miesięcy wcale nie będą najważniejszym wydarzeniem tego świątecznego dnia…

Tuż obok domu Piasta i Rzepichy, gdzie trwała w najlepsze wesoła zabawa, biesiadnicy zauważyli przechodzących wędrowców. Widać – przyprowadzić ich tu musiał gwar i wesołe pieśni, które z domu Piasta rozchodziły się na całą okolicę. Ktoś z gości zwrócił uwagę Piasta na wędrowców przechodzących obok jego domu, choć i on, i Rzepicha obawiali się, czy starczy im zapasów w spiżarni, aby niczego na stołach nie zabrakło, postanowili zaprosić ich na ucztę.

Goście z wielką chęcią przystali na to zaproszenie, widać, znali tutejsze obyczaje, bo gdy tylko zobaczyli kilkuletniego chłopca z płową czupryną – zrozumieli, że będą mieli honor uczestniczyć w pradawnym obrzędzie. Sam Piast też uznał, że czas już tego dokonać, wezwał synka do siebie, ale zanim zdecydował się przyciąć jego piękne, złote włosy popatrzył w stronę obu wędrowców, coś w ich spojrzeniach podpowiedziało mu, że ten honor powinien oddać właśnie im i poprosił swoich tajemniczych gości o to, aby to oni dokonali postrzyżyn.

Wielki to był dla nich zaszczyt, ale widać – nie byli bardzo zaskoczeni tym szczególnym wyróżnieniem, tak, jakby wiedzieli, że właśnie po to do domu Rzepichy i Piasta przybyli! Przystąpili więc do obrzędu i jasne pukle długich włosów spadły na podłogę, a gdy postrzyżyn tych dokonywali jeden z wędrowców nadał chłopcu imię – Ziemowit.

Dumnym i przejętym rodzicom powiedzieli, że ich syna czeka wielka przyszłość, a i imię samego Piasta Kołodzieja będzie po wiek wieków sławne – Rzepicha z Piastem z niedowierzaniem te słowa nieznajomych wędrowców przyjęli, ale zakiełkowała w ich głowach myśl, że nie mogą oni mówić nieprawdy… ale jak miało się to stać? Piast – prosty kołodziej i jego syn mieli zyskać sławę, a ród ich miał być wielki i znamienity?

Szybciej niż mogli przypuszczać – zapowiedź wędrowców zaczęła się ziszczać, gdy po ich odejściu Rzepicha po raz kolejny zajrzała do spiżarni – nie mogła uwierzyć własnym oczom… choć uczta trwała już długo, niemal nic z zapasów nie ubyło! Widząc jak godnie i bogato przyjmuje ich Piast z Rzepichą goście z coraz większym uznaniem patrzyli na tak hojnych i mądrych gospodarzy, którym widać nie brakło mądrości, ale też chęci do pracy, żeby tak wspaniałą ucztę przygotować.

Najstarsi mieszkańcy kruszwickiej ziemi zaczęli coraz głośniej zachwalać gospodarzy, ich przezorność i mądrość, i choć Piast tłumaczył im z właściwą sobie skromnością, że tak suto zastawione stoły to zasługa tajemniczych wędrowców, oni coraz bardziej przekonywali się do tego, że złego Popiela na zamku w Kruszwicy powinien zastąpić właśnie Piast! Widać sprzyjały mu również inne siły, wyższe, a wędrowcy, którzy dokonali postrzyżyn Ziemowita nie mogli tu przybyć bez przyczyny…

Sam Piast z Rzepichą też to zrozumieli i zgodzili się na to, by władać Kruszwicą, a przyszłość ich syna Ziemowita rzeczywiście okazała się wielka, od niego to właśnie wywodzić się ma pierwszy historyczny władca Polski – Mieszko I.

o Bazyliszku

Działo się dawno temu w Warszawie, w czasach królewskich, gdy wielu warszawskich rzemieślników trudniło się płatnerską profesją. Do Warszawy zjeżdżało rycerstwo z całego kraju i wielu zagranicznych gości – znając kunszt płatnerzy z tego miasta, często powierzali im swoje zbroje, a te, po wielu wojnach i potyczkach, wymagały ciągłych napraw. Płatnerze z Warszawy nie narzekali więc na brak pracy i od świtu do nocy naprawiali zbroje przywracając im dawny błysk i szlachetność.

Szczególnie znany był warsztat płatnerza Marcina – rzemieślnik i jego rodzina żyli dostatnio, a dzieciom niczego nigdy nie brakowało. Marcin całe dnie spędzał w warsztacie, cieszyły go więc częste wizyty jego dwóch pociech: córeczki Hanki i synka Maćka. Dzieci w ojcowskim warsztacie nie nudziły się, wręcz przeciwnie – buszowały wśród części naprawianych przez ojca zbroi, przyglądały się swoim odbiciom w wypolerowanej stali, napełniały warsztat wesołym gwarem, co wprawiało utrudzonego pracą ojca w dobry nastrój.

Dzieci rosły i coraz częściej opuszczały warsztat, na zewnątrz czekało tyle atrakcji! A największą spośród nich był jarmark. Na jarmarku, jak w zaczarowanym świecie, można było znaleźć wszystko – i korale, i obrazki, i piękne naczynia, obrusy, serwety, materiały, zabawki, słodycze… Dzieci biegały między straganami i nie mogły się napatrzeć tym wszystkim cudownościom. Pewnego dnia spotkały swoich małych przyjaciół, dzieci chciały pobawić się w okolicy, na pobliskich łąkach – zapytały ojca o pozwolenie. Zgodził się, ale nakazał, aby zanadto nie oddalały się od miasta i nie zbliżały do starej ruiny, która stoi pośród nadwiślańskich łąk, o której ludzie od lat różne złe historie opowiadają, według nich, w ruinach starego domu straszy, nie wiadomo co, nie wiadomo jak wygląda, ale niektórzy starsi mieszkańcy Warszawy opowiadali, że może to być nawet mityczny Bazyliszek, dziwna kreatura, ni to zwierzę, ni to diabeł, podobno przychodzi na świat raz na sto lat, a wykluwa się z jaja zniesionego przez koguta!

Stwór miał być przerażający, głowę po swym ojcu odziedziczył kogucią, ale wielką, z olbrzymim, czerwonym grzebieniem, który opadał to na jedną, to na drugą stronę jego strasznego pyska, a najstraszniejsze były jego oczy, straszniejsze nawet od wężowego ogona, który wił się na kilka metrów i którym stwór smagać mógł swe ofiary niemiłosiernie. Nie musiał tego jednak zazwyczaj czynić, wystarczyło, że na swoją ofiarę spojrzał potwornym spojrzeniem, a ta z przerażenia w jednej chwili kamieniała i tak właśnie Bazyliszek miał wielu ludzi pozbawić życia.

Marcin, pomny tych przestróg, z całą surowością zakazał Maćkowi i Hanusi zbliżać się do ruin tego dziwnego domu, przy którym nawet żaden pies bezdomny się nie zatrzymywał, przeciwnie – z piskiem albo ujadaniem uciekał jak mógł najszybciej.

Dzieci obiecały ojcu, że nie zbliżą się do strasznego miejsca i pobiegły w stronę czekających już na nie przyjaciół. Dzień był słoneczny, ciepły, jarmark mienił się kolorami sprzedawanych przez kupców towarów, gwarno tu było i wesoło, dzieci – jak to miały w zwyczaju – wesołą gromadką rozbiegły się wśród zastawionych stołów i kramików, tym razem nie kupiły ani pięknych owoców, ani wielkich lizaków w kształcie serca, nie miały dziś na to czasu, pobiegły wąską uliczką wśród kamienic nad rzekę, aby pobawić się na łące, dziewczynki zbierały kolorowe kwiatki i robiły wianki, a chłopcy oglądali płynące w czystej wodzie ryby, biegli wzdłuż brzegu Wisły coraz dalej i dalej, i nie zauważyli nawet, gdy miasto oddaliło się, zostało gdzieś daleko za nimi, zmierzch zaczynał zapadać, a oni nie wiedzieli jak znaleźć drogę do domu, gdy nagle ich oczom ukazał się dom, a właściwie jedynie pozostałe po nim ściany.

Zanim Hania z Maćkiem zorientowali się, że może to być ta ruina, przed którą ostrzegał ich ojciec, znaleźli się już w jej piwnicach. Na pozór nie było w tej piwnicy nic strasznego, piwnica jak każda inna, trochę chłodna i ciemna… ale za jednymi drzwiami coś zaczęło migotać jasnym, kolorowym światełkiem, było tak piękne, że dzieci oczu od niego nie mogły oderwać, pobiegły w stronę światełka, jeden z chłopców otworzył drzwi i w jednej chwili upadł jak rażony piorunem. Nie był to jednak piorun, a oczy Bazyliszka, nim dzieci zorientowały się jakie niebezpieczeństwo im grozi – zamieniły się – rażone wzrokiem potwora – w kamienie!

Noc już zapadała nad Warszawą, płatnerz Marcin z coraz większą trwogą myślał o swoich dzieciach, wychodził raz po raz przed warsztat, ale nie mógł ich nigdzie dostrzec, przeczuwał, że stało się coś złego – czyżby Hanka i Maciek nie posłuchali jego przestróg i poszli do starego domostwa? Wiedział dokładnie, gdzie szukać ruin, zastanawiał się co zrobić, gdy spotka w piwnicach Bazyliszka i wtedy wzrok jego padł na jedną ze świeżo wypolerowanych zbroi – była tak jasna, że mógł się w niej przeglądnąć jak w lustrze! To był sposób na straszny wzrok bazyliszkowy! Ubrał Marcin zbroję i szybko poszedł w stronę ruin.

Księżyc świecił już nad Warszawą, gdy stanął pod tajemniczym domem, przeżegnał się i zszedł z trudem do piwnicy, nie mylił się, Bazyliszek musiał tu być, po drodze mijał kamienie przypominające kształtem ludzkie sylwetki… Zobaczył też swoje dzieci, całe w kamieniu! Serce w nim zamarło, ale nie mógł sobie pozwolić na łzy, coś poruszyło się niedaleko… było to cielsko Bazyliszka, wielki ogon świsnął tuż przed przyłbicą Marcina, ten jednak szybko uskoczył, gdy tylko stwór łeb swój w stronę płatnerza odwrócił – zamarł, ujrzał swoje odbicie w jasnej zbroi i skamieniał przerażony swoim własnym okropnym spojrzeniem.

W tej chwili kamienie w piwnicy zaczęły się poruszać, Maciek i Hanka jakby ze snu strasznego, z przelękłymi oczami, ocknęły się i zobaczyły przed sobą rycerza w nich wpatrzonego – jakież wielkie było ich zdziwienie, gdy rozpoznały w nim własnego ojca. Ten szybko wziął dzieci na ręce i wyprowadził z ponurej piwnicy nie chcąc, by skamieniałe cielsko Bazyliszka ukazało się ich oczom.

Tak oto płatnerz Marcin uratował swoje dzieci, inne ofiary Bazyliszka i zdjął bazyliszkową klątwę z Warszawy.

O Popielu

Nad brzegami Gopła, w Kruszwicy, niegdyś, stał zamek, a na małej wysepce wśród fal szumiącego jeziora – wieża, do dziś dnia wody Gopła nucą w wietrzne dni i noce smutną, straszną pieśń o kruszwickim księciu, złym Popielu i jego żonie, Gerdzie… Dopuścili się wielkiej zbrodni, za którą spotkała ich sroga kara, a wymierzyły ją myszy!

Po śmierci starego, dobrego księcia Popiela na kruszwicki tron wybrano jego młodego syna, wiele lat tak naprawdę władzę w księstwie sprawowali jego wujowie, oni też, gdy młodzieniec dojrzał, wybrali mu za żonę, Niemkę, Gerdę. Młodzi od razu przypadli sobie do gustu, a szczególnie młody Popiel ukochał całym sercem swoją wybrankę. Popiel i Gerda zaczęli samodzielnie rządzić Kruszwicą, wujowie i stryjowie młodego księcia porozjeżdżali się do swoich domostw w nadziei, że młoda książęca para będzie sprawować uczciwie i sprawiedliwie rządy w Kruszwicy.

Niestety, do ich uszu raz po raz dochodziły skargi ludu kruszwickiego, ciężko doświadczanego przez młodego Popiela, który zakochany w Gerdzie, spełniał wszystkie jej zachcianki, nie bacząc na liczne cierpienia, na jakie naraża mieszkańców Kruszwicy, Popiel stawał się coraz okrutniejszy, za błahe przewinienia karząc wieloletnim lochem albo nawet śmiercią, strach w ludzie kruszwickim był coraz większy, z tęsknotą wspominano rządy starszego Popiela i jego braci, a ci patrząc co się dzieje, napominali często Popiela i jego żonę, aby zmienili się i mieli baczenie na innych, na lud, za którego szczęście są odpowiedzialni.

Na nic się jednak zdały nawoływania strapionych starców, wręcz przeciwnie, mściwa i złośliwa Gerda namawiała zakochanego w niej męża do nowych bezeceństw, lud cierpiał, a oni na swym zamku wyprawiali uczty huczne, zabawy kosztowne, które tym bardziej cieszyły występną Gerdę, im więcej głodnych mieszkańców grodu o litość księcia prosiło!

Popiel zabawy w najlepsze ze swą małżonką i synami zażywał, majątek odziedziczony po ojcu trwonił, ale wciąż mu było mało, nie podobały mu się ciągłe napominania stryjów, a Gerda, po raz kolejny wysłuchując ich napomnień i skarg, w coraz większą wściekłość wpadała, w końcu znalazła sposób, aby krewnych męża na zawsze uciszyć, zaplanowała zbrodnię, wiedziała co zrobić, aby już nikt nie śmiał przeszkadzać jej, Popielowi i synom. Nie zwierzyła się ze swych niecnych planów mężowi, udając wesołą, zaproponowała, aby sprosił wszystkich wujów i stryjów na wielką ucztę i pogodził się z nimi. Popiel nie do końca wierzył w słowa żony, nigdy jeszcze nie była tak ciepła i przyjazna, czy naprawdę chciała zgody? Być może uknuła jakiś plan? Nie zastanawiał się jednak nad tym zbyt długo, przez tyle lat przyzwyczaił się, że to Gerda ostatecznie decydowała o wszystkim, zresztą… cóż mogło się stać, co mogłoby poruszyć jego zepsute do cna sumienie?

Nie minęło wiele czasu, gdy do zamku zaczęli przyjeżdżać krewni Popiela, przyjęli jego zaproszenie, chociaż nie do końca wierzyli w jego nawrócenie i chęć zmiany na lepsze, szczegolnie trudno było im uwierzyć w to, że Gerda stała się miła i uczynna, gościnna, a nawet szczera?

Zasiedli do suto zastawionych stołów i ucztować zaczęli. Jadła, smakołyków, trunków wszelakich było pod dostatkiem, stoły aż uginały się od tych bogactw, wszyscy dobrze się bawili, ale Gerda często do spiżarni wychodziła, niby to doglądać pracy kucharzy i sług, tak naprawdę, jednak co innego zaprzątało jej myśl… jeszcze tylko chwila, dwie i dokona swego strasznego dzieła, niech tylko ostatni kucharz zakończy swą pracę… Gerda zwolniła sługi od obowiązków, sprawdziła, czy nikogo nie ma w kuchni, znalazła mały dzbanuszek, który wcześniej przygotowała, zatrzasnęła drzwi spiżarni i w tajemnicy przed wszystkimi z małego dzbanuszka wlała kilka kropli do miodu, którym tej nocy gości raczyła…

Wujowie Popiela nie mogli uwierzyć, gdy zobaczyli wesołą Gerdę usługującą im, a ona do każdego kielicha zatrutego miodu dolewała… Zobaczył Popiel, że coś niedobrego dziać się zaczyna z jego gośćmi, kto tylko kielich miodu wychylił, na twarzy się zmieniał, a grymas bólu nie pozwalał mu mówić… Pojął w jednej chwili co się stało, było już jednak po toaście i za późno, by bieg zdarzeń odwrócić! Gerda nie na darmo wujów do zamku sprosiła… była to ostatnia uczta w ich życiu. W męczarniach konali jeden za drugim, a najstarszy, zanim ducha wyzionął – wymówił słowa klątwy, którą rzucił na całe plemię Popiela.

Przerażony książę nie zapamiętał tego, co z ust umierającego wuja usłyszał, poddał się woli Gerdy i wraz z nią zaczął się pozbywać ciał, które wraz z synami jedno po drugim do wód Gopła pod osłoną nocy wrzucali…

Cisza nastała na zamku, tylko wody Gopła złowrogo szumiały, złowrogo dla Popiela i Gerdy, nie wiedzieli, że sami sobie straszny los szykują!

Nie minęło wiele czasu, kiedy w całym księstwie zalęgły się nieprzeliczone stada myszy, ludzie opowiadali sobie, że wychodzą tysiącami z wód jeziora. Nikt nie mógł w to uwierzyć, ale tak właśnie było! Myszy całymi korowodami wychodziły z wody i biegły w stronę zamku, nie było komnaty,  nie było ani jednego schodka w całym zamku, na którym by się nie pojawiły, a ich pisk odbijał się w wodach Gopła. Popiel z Gerdą, przerażeni, zaczęli myśleć o ucieczce – przypomnieli sobie o wysokiej wieży stojącej na wysepce, wzięli swych synów i popłynęli ku niej.

Wielkie było ich szczęście, gdy znaleźli się na samym szczycie wieży, której mury ciężkie i twarde, od wszelkiego zła mogły ich uchronić, zapomniał jednak Popiel o klątwie – jej wyroki musiały się spełnić! Pisk myszy niósł się po wodach jeziora, myszy płynęły za księciem i jego rodziną, jakież było zdumienie Popiela, gdy zobaczył tysiące, może miliony myszy, które wchodziły już na wieżę… Niewiele miał czasu na strach, w jednej chwili myszy dostały się do wnętrza wieży i zjadły Popiela, Gerdę i ich synów, po Popielu została tylko korona, którą znalazł jeden z młodzieńców wysłanych przez mieszkańców księstwa na zwiady…

Zrozumiał co się stało, wrócił szybko do grodu i obwieścił jego mieszkańcom, że nie muszą się już bać Popiela, ani jego złej żony.

O złotej kaczce

Dawno temu, w Warszawie, żył młodzieniec, którego zwano Kubą, przez wszystkich lubiany, zapraszany bywał często, by towarzystwo bawić, umiał pięknie opowiadać, a w czasach, gdy nie było jeszcze internetu, telewizji, ani nawet radia – osoby takie szczególnie ceniono, dostarczały, bowiem, przedniej rozrywki, szczególnie w długie, zimowe wieczory, kiedy mrok szybko zasnuwał miasta i wioski.

Ludzie w Warszawie często długie popołudnia i wieczory spędzali w licznych karczmach, w każdej z nich gościem był Kuba, gdzie tylko się pojawił, tam zaraz zjednywał sobie serca słuchaczy, których, co rusz, nowymi opowieściami zaskakiwał. Pewnego razu to jednak, on, Kuba, usłyszał niezwykłą opowieść, która rozpaliła jego wyobraźnię. Jeden ze starszych gości opowiedział mu przedziwną, baśniową historię, która, nie wiadomo, czy prawdą, czy zmyśleniem była… Starzec zaklinał się, że to nie jego wyobraźnia, ale opowiedziana mu jeszcze w młodości prawdziwa historia.

Zgodnie z nią – w podziemiach jednego z warszawskich pałaców miało się znajdować niezwykłe, czarodziejskie jezioro, a po jego tafli pływać miał przedziwny, tajemniczy ptak, Złotą Kaczką zwany, czy rzeczywiście była to kaczka? Nikt tego do końca nie wiedział, nie wiadomo wszak, czy rzeczywiście jezioro pod pałacem się rozpościerało i czy ptak pilnujący wód jeziora naprawdę istniał, ani starzec, który Kubie historię tę opowiedział, ani on sam, nigdy Złotej Kaczki nie widzieli, nie znali też osoby, która odważyłaby się tajemnicze jezioro podziemne odnaleźć. Wyprawa taka mogła się okazać niebezpieczna, ale na śmiałka czekać miały wspaniałe skarby, których ptak pilnował…

Kuba, choć powszechnie w Warszawie znany i lubiany, nie należał do bogatych, na niewiele mógł sobie w życiu pozwolić, a że miał nie tylko wyobraźnię, ale również śmiałość większą od swoich rówieśników – wciąż myślał o Złotej Kaczce, jeziorze pod pałacem ukrytym i o czekających tam skarbach… Tajemne obrazy pojawiały się też w jego snach, dniami i nocami rozmyślał o wyprawie do warszawskich podziemi, w końcu postanowił – spróbuje, zmierzy się z legendą i sprawdzi, czy opowiadana przez starca historia jest prawdziwa! Bez problemu odszukał go w ulubionej karczmie i jeszcze raz o przedziwnego ptaka zapytał. Starszy człowiek z podziwem spojrzał na pełnego entuzjazmu i śmiałości młodzieńca i wszystko co wiedział o Złotej Kaczce opowiedział mu, podając najdrobniejsze szczegóły.

Kuba nie wahał się już więcej. Podziękował starcowi za dobre rady, przyjął z wdzięcznością jego błogosławieństwo i nie zwlekając podążył według jego wskazówek do miejsca, w którym spodziewał się jezioro i pięknego ptaka odnaleźć.

Szybciej niż myślał znalazł szczelinę w piwnicznym murze pałacu opisywanego przez starszego mężczyznę z karczmy. Była na tyle duża, że bez problemu zmieścił się w niej, świecąc sobie latarenką schodzić zaczął po stromych, starych schodach, coraz niżej i niżej, przechodził przez ciemne, mokre, ziejące zgnilizną korytarze, niewiele widząc przed sobą, czując jednak coraz wyraźniej wilgoć powietrza, która najpewniej jak opar nad wodami tajemniczego jeziora się unosiła. Schodził coraz głębiej, dreszcz chłodu wzdrygał nim raz po raz, powietrze coraz gęstsze, woń przykrą wokół roznosiło, na nierównych ścianach przepastnych, wielkich, krętych piwnic i korytarzy jakieś dziwne kształty majaczyć zaczęły, choć Kuba do strachliwych nie należał, kilka razy miał ochotę zawrócić i jak najszybciej znaleźć się na powierzchni, ale tajemnica pociągła go jeszcze bardziej i nie odwracając się za siebie, by strachu nie potęgować, szedł dalej, mijał kolejne piwnice i kręte korytarze, nie liczył już zakrętów, które pokonywał, znużony już był, gdy nagle jego oczom ukazała się piękna, jasna, kolorowa poświata – błękitna, lekko różowa, z mieniącymi się złotymi i srebrzystymi odcieniami, była tak piękna, że Kuba nie zwracając uwagi na śliskie kamienie, pobiegł, jak tylko mógł najszybciej ku temu wspaniałemu światłu, jakiego nigdy jeszcze w swoim życiu nie widział!

Wiedział już, że to cel jego wędrówki, a gdy znalazł się w pełnej barw, magicznej poświacie, ujrzał przed sobą wody podziemnego jeziora, a wśród rozpostartych nad nim mgieł – Złotą Kaczkę! Nie przesadzał starzec, gdy mówił o niezwykłości tego szczególnego ptaka, cały był w złocie, a końcówki skrzydeł połyskiwały brylantami, na długiej szyi Złotej Kaczki mieniły się wszystkimi kolorami tęczy drogie kamienie, a na głowie błyszczała szczerozłota korona!

Jakby tego było mało – ptak przemówił do Kuby ludzkim głosem. Powiedział, że skarby, o których słyszał, są prawdziwe i otrzyma je, tak jak legendy o tym opowiadają, ale musi przejść próbę! Wydawało się Kubie, że to, o co Złota Kaczka go poprosiła, nie jest wcale trudne – otrzymał od niej sto złotych dukatów – wielka to była suma, szczególnie dla skromnego chłopaka, jakim był Kuba, a jedyne co miał uczynić, to wydać je wszystkie – tylko na swoje potrzeby i przyjemności.

Uradowany Kuba szybko drogę powrotną odnalazł i nie tracąc czasu, jeszcze tej nocy pieniądze zaczął wydawać – miał na to tylko jeden dzień – jeśli pieniądze wyda, wówczas, zgodnie z obietnicami podziemnego ptaka, wszystkie skarby, których od lat pilnuje, staną się jego własnością!

Po nocy spędzonej wesoło na zabawie w karczmie, od rana Kuba znów pieniądze zaczął wydawać i tak jak się tego spodziewał, topniały w sakiewce bardzo szybko. Kupił nowe ubranie u najlepszego krawca w mieście, u którego stroje zamawiał dwór królewski i sam król z królową, u szewca nabył najdroższe i najpiękniejsze buty, cały dzień pił najdroższe wino i zajadał się najwspanialszymi w mieście przysmakami. Pod koniec dnia w sakiewce nie było już ani jednego dukata. Nie zauważył jednak drobnego pieniążka, który zawieruszył się w kieszeni jego nowej, wytwornej kamizelki. Słońce zachodziło już nad miastem i nastał czas powrotu do podziemnego królestwa Złotej Kaczki, zabrzęczał pieniążek w kieszeni, gdy Kuba szybkim krokiem, przepełniony radością, biegł w stronę starego pałacu, usłyszał brzęk monety, wyciągnął ją z kieszeni i miał już kupić coś u starego sprzedawcy, który niedaleko swój kram z chlebem i ciastkami rozłożył, gdy pod murem ujrzał biednego, starego, schorowanego żebraka, który cichym głosem o jałmużnę go poprosił.

Ręce starego człowieka wyciągnęły się ku chłopcu, a ten niewiele myśląc, pieniążek, który trzymał w dłoni, oddał żebrakowi! Wiedział, że w ten sposób utraci skarb, który na niego czekał, dobre serce jednak zwyciężyło. Rzeczywiście – gdy tylko złoty pieniążek znalazł się w ręce żebraka – ukazała się Kubie Złota Kaczka, która przypomniała mu o niespełnieniu warunku – nie wydał wszystkich pieniędzy na siebie, ale wspomógł biednego w potrzebie!

W jednej chwili znikła piękna kamizelka, buty i wszystko, co Kuba tego dnia kupił, został w swoich starych, znoszonych ubraniach, ale prawdziwy skarb bił w jego piersi – dobre serce wrażliwe na potrzeby innych! Stary żebrak przepowiedział Kubie szczęśliwe życie – tak też się stało, Kuba żył z pracy własnych rąk, znalazł dobrą pracę u szewca, potem stał się prawdziwym mistrzem w tym fachu, nigdy na brak pieniędzy nie narzekał, bo nawet król wysyłał swoich dworzan do szewca Jakuba, który jak nikt w całej Warszawie buty umiał naprawiać!

Następna strona »