Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strona główna » Bez kategorii » O Panie Twardowskim

O Panie Twardowskim

Siedzi na księżycu i pali fajkę – kto taki? Podobno to krakowski szlachcic, Pan Twardowski. Czy to prawda? Czy można go zobaczyć? Być może – gdy księżyc wygląda jak rogalik albo gdy jest okrągły i bardzo, bardzo duży. Niejeden widział nawet bez lornetki szare plamki na księżycu – niektórzy mówią, że to dym z fajki Pana Twardowskiego. Kto wie? Panu Twarowskiemu pewnie się nudzi na księżycu, siedzi tam już kilkaset lat, ale, jak mówiono w Krakowie – Twardowskiego mógł spotkać gorszy los. Porwał go diabeł i leciał z nim wysoko, wysoko, Pan Twardowski nie stracił nadziei, patrzył w dół, a Kraków był coraz to mniejszy i mniejszy, zatęsknił bardzo do swoich bliskich, przypomniał sobie dzieciństwo i pieśń do Matki Boskiej, której nauczyła go matka, zaczął ją nucić i gdy diabeł usłyszał pierwsze dźwięki pobożnej pieśni przestraszył się bardzo, chciał lecieć jeszcze szybciej, tak szybko, że zapomniał o Twardowskim i upuścił go, Twardowski śpiewał, a diabeł przerażony nie chciał słuchać, uciekał, żeby tylko nie słyszeć słów pieśni. Twardowski spadał, spadał , aż natknął się na księżyc, szybko się go złapał, wspiął na niego i jak do dziś opowiadają krakowianie będzie tam siedział aż do skończenia świata.

Spytasz – jak to się stało, że diabeł uwziął się właśnie na Pana Twarowskiego i go porwał? Pan Twardowski nie jest bez winy – marzył o tym, by poznać tajniki wszelkiej wiedzy, chciał żyć w dostatku, zadziwiać wszystkich swoją doskonałością. Był tak ambitny, że postanowił zaprzedać swoją duszę diabłu, ale nie za darmo. Diabeł miał mu służyć we wszystkim, w zamian jednak – dostać jego duszę. Twardowski przystał na warunki diabła i jako szlachcic zagwarantował swoim słowem i honorem, że warunków umowy dotrzyma, diabeł przygotował cyrograf, a Pan Twardowski krwią upuszczoną z własnego palca dokument „diabelski” podpisał. A stało w nim m.in., że diabeł ani ciała, ani duszy Pana Twardowskiego nie dostanie, jeśli ten nie przybędzie do Rzymu, tylko tam diabeł mógł go porwać. Twardowski myślał, że diabła przechytrzył – powiedział do siebie: „Do Rzymu nigdy nie pojadę i diabeł mnie w swoje łapy nie dostanie!”

Pilnował się Twardowski całe życie, diabeł wypełniał warunki umowy i mu służył, a sława Twardowskiego w królewskim Krakowie rosła. Widziano Pana Twardowskiego jak latał unosząc ręce w powietrze, a poły jego szlacheckiego kontusza niczym skrzydła niosły go ponad wieżami Krakowa, gdy wybierał się gdzieś dalej ulatywał na wielkim kogucie! Twardowski był bardzo bogaty, nie brakowało mu ani srebra, ani złota, żył prawie jak król i samemu królowi nie musiał zazdrościć niczego. Nie było przekupki na krakowskim Rynku, która by nie opowiadała o bogactwie Twardowskiego, o jakichś złych mocach, które muszą go wspomagać, niejedna mówiła cicho, bojąc się jego czarów, że potrafi nawet wywoływać duchy…

Panu Twardowskiemu nie wystarczało bogactwo materialne, od dziecka był bardzo ambitny, chciał nie tylko wiele mieć, ale przede wszystkim dużo wiedzieć. Poznawał tajniki różnych nauk, a najbardziej zainteresowała go magia. Gdy tylko się nią zainteresował, od razu innych w swojej mądrości przewyższał! Sława Twardowskiego rosła w całym Krakowie, wreszcie jego imię zagościło również na Wawelu i dotarło do królewskich uszu. Król w tym czasie był bardzo smutny, w niczym i nigdzie nie mógł znaleźć pocieszenia – niedawno stracił swoją ukochaną, piękną żonę, którą bardzo kochał. Całymi dniami przesiadywał w komnatach swojej małżonki, patrzył na jej stroje, na to wszystko co pozostawiła, nie umiał pogodzić się z tą stratą, na nic się zdawały zabiegi dworzan i królewskich przyjaciół, król z dnia na dzień marniał coraz bardziej i niektórzy zaczęli się obawiać o jego zdrowie. Wtedy jeden z dworzan przypomniał sobie o tym, czym od dłuższego czasu żyło całe miasto, postanowił przyprowadzić Twardowskiego przed królewskie oblicze. Jeśli nie Twardowski – pomyślał – nikt królowi nie pomoże. Twardowski się zgodził i przybył w królewskie progi. Zobaczył króla postarzałego, pochmurnego, ledwo żyjącego. Mógł spełnić jego życzenie, aby choć na chwilę, tylko raz jeszcze zobaczyć ukochaną, zmarłą żonę. Kazał Twardowski królowi zasiąść przed srebrnym lustrem i sprowadził na chwilę ducha królowej przed oblicze jej smutnego małżonka. Nie wiadomo, czy tak było, ale słynne lustro do dziś dnia przechowywane jest podobno w jednym z podkrakowskich kościółków…

Twardowski stał się ulubieńcem króla, jego nadwornym magiem i doradcą. Życie upływało mu w nieustannej radości, nigdy niczego mu nie brakowało, mógł sobie pozwolić na każdą zachciankę. Tak się do tego przyzwyczaił, że zapomniał niemal o tym dlaczego tak mu się wiedzie i skąd się bierze jego niezwykła moc. Czasem tylko w środku nocy budził się zlany zimnym potem, bo przyśnił mu się diabeł, z którym podpisał cyrograf, zawsze z nastaniem poranka wydawało mu się to tylko złym snem…

Diabeł jednak pamiętał i o Twardowskim, i o cyrografie, i o Rzymie! Pewnego razu, gdy Twardowski zasiedział się do późna za miastem, w drodze powrotnej wstąpił do karczmy, był tak zmęczony, że nie zwrócił uwagi na jej nazwę, wszedł do środka i wtem zerwały się z powały duże czarne wrony, zdążył tylko zobaczyć, że człowiek, który się z nim wita coś za sobą chowa – był to czarci ogon, a spod szlacheckiej czapki wystawały diabelskie rogi. Nie zdążył nic powiedzieć, ani pobiec w stronę drzwi, diabeł mocno go złapał i wylecieli razem przez komin. Twardowski zanim nie wzleciał jeszcze wysoko zobaczył szyld wiszący nad karczmą. Na drewnie widniały cztery duże litery: R Z Y M. Tak nazywała się karczma!

Teraz Pan Twardowski z wysokości księżyca próbuje dojrzeć i karczmę, i Kraków, będzie tak spoglądać do końca świata…

Brak komentarzy do wpisu “O Panie Twardowskim”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)