Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

O królu Sobku

Dawno temu, gdy dookoła Polski panowały wojny z Tatarami, żył król Sobek. Chan pustoszył ziemie sąsiedzkie i zbliżał się do polskich granic, ale nie zdecydował się ich przekroczyć, wiedząc, że lud liczny zamieszkuje królestwo. Król, tymczasem, przyjął swoich doradców, którzy niedawno powrócili z wyprawy po kraju, żeby sprawdzić jak zarządzane są królewskie ziemie i jak się wiedzie ludowi królowi Sobkowi poddanemu – wysłannicy chcieli szybko spotkać się z władcą, mieli mu coś ważnego do powiedzenia – król, tak jak chcieli, przyjął ich już następnego dnia po ich przybyciu. Rano podczas audiencji spotkali się – król Sobek i jego małżonka-królowa z doradcami, a ci mieli im wiele do powiedzenia – chłopi w całym królestwie skarżyli się, że plony w tym roku zebrali marne i nie mają czym wyżywić swoich rodzin, dzieci w każdej rodzinie przybywało, a rosły słabo, bo też nie miały odpowiedniej strawy, dzięki której mogłyby szybko i w zdrowiu rosnąć. Według doradców królewskich – konieczne było podjęcie odpowiednich kroków, aby do stanu całkowitej klęski nie dopuścić.

Radzili tak długo, godzina za godziną mijała, a oni nie potrafili znaleźć dobrego rozwiązania, w końcu postanowili radę do następnego tygodnia odłożyć. Mijały dni, król Sobek coraz bardziej zmartwiony chodził, a jego małżonka z coraz to bardziej tajemniczą miną przechadzała się po zamkowych komnatach, widać po niej było, że myśl jakaś coraz mocniej ją zajmuje, na razie jednak nikomu nic nie zdradzała, po kilku dniach widząc pytanie w oczach męża postanowiła zdradzić się ze swoimi coraz bardziej przemyślanymi zamiarami…

Małżonkowie weszli do sali tronowej, udekorowanej obrazami przedstawiającymi ziemie królestwa, przechadzali się powoli, ciesząc oczy pięknymi malowidłami, w sercach ich jednak zagościł niepokój i nie pozwolił cieszyć się ze słonecznego, ciepłego dnia… Królowa wreszcie zaczęła mówić, to co mówiła zadziwiało coraz bardziej jej małżonka, wydawało się jednak, że to, co cichym głosem mówi mu żona, coraz bardziej go przekonywało, kręcił jednak głową przecząco, zatrzymywał się pośrodku komnaty, pochylał głowę i tępym wzrokiem po posadzkach marmurowych wodził. Królowa mówiła i mówiła, przekonywała, wreszcie król, westchnąwszy odpowiedział jej – „niech tak będzie!” i szybkim krokiem wyszedł z sali tronowej w kierunku swoich komnat.

Zasiadł przy bogato inkrustowanym stole, zamaczał pióro w kałamarzu i zaczął pisać list, gdy go skończył, opatrzył królewskim glejtem i podał wysłańcowi, a ten pojechał wprost do tatarskiego chana…

Tak oto król Sobek do pomysłu swojej żony się przychylił! Królowa wmówiła mu, że jedynym sposobom na zaniechanie fali głodu, która niechybnie wyniszczy kraj i zdziesiątkuje ludność, będzie wyprzedanie ludu Tatarom!

Gdy tylko chan przyjął królewskiego posła i list od króla Sobka przeczytał, nie czekając długo, szybko ku granicom królestwa wyruszył – niedługo oddziały tatarskie weszły na ziemie króla Sobka, od razu dając się we znaki przerażonemu ludowi, gdzie tylko wojska chana przeszły, tam pozostawiały rubieże, pożary, zgliszcza i krzyk przerażenia, ludzie nie mieli gdzie uciekać, zewsząd hordy tatarskie atakowały i wioski, i miasta…

Tych, którzy przeżyli, chan ze swoimi dowódcami w jasyr pędził, nie bacząc, czy są to mężczyźni, czy kobiety, dzieci, czy starcy. Jęki i krzyki napełniały rozpaczliwym tonem całą okolicę, choć ci, którym udało się uniknąć pojmania, słyszeli zawodzenia innych, nie mieli gdzie uciekać. W końcu chan napisał do króla Sobka, aby porachował swój lud, który pod panowanie chana ma przejść i określił wysokość zapłaty. Jak chan chciał, tak król uczynił i na miejsce umówionego spotkania się stawił, gdy przejeżdżał przez swoje królestwo w stronę miejsca, w którym kosz tatarski stał, przerażenie włosy mu z głowy podnosiło, z wyżyn swojego zamku nie widział niczego niepokojącego, a jego doradcy, z namowy królowej, pochlebstwa jedynie, miłe królewskim uszom, wypowiadali, Sobek nie wiedział więc jak sprawy w kraju po wejściu chana się mają, choć orszak królewski wybierał taką drogę, aby król wszystkich szkód uczynionych przez oddziały chana nie zauważył, to jednak czuć było w powietrzu złowróżbną ciszę, w mijanych wioskach nie słychać było żadnych dźwięków, psy nie ujadały, próżno było szukać bawiących się i śmiejących dzieci, na żadnym progu nie było widać zwykle rozmawiających ze sobą całymi godzinami staruszków, ani koni, ani ludzi nie ujrzało oko królewskie na polach, które wysuszone, po zimie, bez oznak wschodzących kłosów, przedstawiały smutny widok.

Przeczuwał król, że coś bardzo niedobrego stało się w całym kraju i, że namowa jego małżonki nie okazała się skuteczną, wreszcie usłyszał dziwne głosy, jęki, skargi, płacze… tak, to pojmani ludzie przy koszu tatarskim, powiązani sznurem, wznosili swe oczy ku niebu i prosili o pomoc Boga, gdy zobaczyli orszak królewski ich smutek i rozpacz zmieniły się w wielką radość, ludzie byli przekonani, że król przyjechał ich wykupić z tatarskiej niewoli, gdy Sobek zobaczył, co swoim naiwnym rozkazem uczynił, przeraził się, a jego serce zalała fala miłosierdzia nad ludem, zaczął błagać chana, by od umowy odstąpił, prosił, by zgodził się, aby mógł swój lud z jego rąk wykupić, proponował zapłatę dwa razy wyższą niż chan miał mu za lud wypłacić, na nic się jednak zdały królewskie namowy, chan za nic w świecie nie chciał się pozbyć tak wielu niewiernych, którzy latami mogli mu służyć.

Cisza i przerażenie zapanowało wśród pojmanego ludu, gdy król ze swym orszakiem zaczął oddalać się od obozowiska chana. Król głowę miał zwieszoną, konie pod jeźdźcami także, jak ludzie, czując wielki smutek, powoli i ciężko stąpały…

Nastała noc i orszak zatrzymał się na nocleg w pobliżu wielkiego jeziora, gdy wszyscy rycerze już spali, król Sobek opuścił swój namiot, cicho poszedł w stronę jeziora, w którego wodach znalazł zapomnienie… Okoliczni mieszkańcy mówią, że każdej nocy księżycowej z wód jeziora jeździec na pięknym rumaku wyjeżdża i błąka się po okolicznych łąkach, a z nastaniem pierwszych promieni słońca w jeziorze cień jego przepada… Na jego dnie król Sobek odbywa pokutę za swój dawny czyn.

 

O orłach z zamku Herburtów

Dobromil to małe, senne miasteczko, niegdyś należące do województwa ruskiego, dziś – niedaleko granicy ukraińsko-polskiej, jak wiele tutejszych miasteczek ma w sobie coś magicznego, każdy, kto tu przybędzie, czuje ducha czasu, ducha historii, który może opowiedzieć wiele o jego dawnych dziejach i ludziach, którzy tu żyli…

Dobromil słynął kiedyś z pięknego zamku, własności rodu Herburtów. Tak naprawdę zamków było dwa – starszy i nowszy. Starszy był mniejszy i wokół niego z czasem wybudowano osadę, która później stała się miastem, a jakiś czas później, staraniem kolejnego przedstawiciela sławnego rodu Herburtów zbudowano o wiele większy zamek, oddalony nieco od Dobromila, zwany zamkiem górnym albo wysokim. Do dziś ruiny zamku górują nad okolicą i przypominają o niegdysiejszej sławie Herburtów.

Ród to był wielki, możny i liczący się w całym województwie. Kolejne pokolenia Herburtów korzystały z dorobku swoich poprzedników, jak w każdym rodzie, także  w tym znaleźli się lepsi i gorsi, mądrzejsi i mniej mądrzy, ale wszystkich cechowało jedno – szacunek do przeszłości i do swoich antenatów. Szanowali też kolejni Herburtowie swoje rodowe obyczaje, jak wieść ludowa i legenda niesie – każdy z Herburtów po śmierci przemieniać się miał we wspaniałego, białego orła, który obierał sobie schronienie w skale, na której wysoki zamek wybudowano i tam w gnieździe wychowywał swoje pisklęta.

Piękne, dumne orły od dawien dawna krążyły nad dobromilską okolicą. Pełne dostojeństwa, wielkie ptaki unosiły się na swoich wielkich skrzydłach frunąc nad zamkiem, nad Dobromilem, nad wsiami i polami, a gdzie się tylko pojawiły, tam przykuwały do siebie wzrok – pracującego na roli chłopa, który w pocie czoła siał zboże albo zbierał plony, bawiących się wesoło dzieci, które słysząc łomot wielkich skrzydeł unosiły oczy ku niebu i wpatrując się w pięknego ptaka zapominały o zabawie marząc, by wznieść się tak wysoko, ku obłokom jak wspaniały, siwy orzeł, starców, którzy chronili się przed słońcem pod rozłożystymi koronami drzew… Słowem, nie było nikogo, kto by choć na chwilę nie oderwał się od swoich obowiązków albo i zabawy, aby móc śledzić majestatyczny lot króla przestworzy – wielkiego orła!

Mijały lata, dziesięciolecia i stulecia, a wraz z nimi kolejne pokolenia Herburtów i niewiele w Dobromilu się zmieniało, do czasu jednak! Pewien młody Herburt, który całe swe życie spędził w tutejszym zamku, ożenił się z panną młodą, piękną i majętną. Weselna muzyka niosła się z wysokości zamku na całą okolicę, goście doskonale się bawili, jak to było w magnackim obyczaju, weselne zabawy trwały kilka dni. Młodzi kochali się, życie upływało im na przyjemnościach, doczekali się też synka, gdy młoda pani Herburtowa z dwórkami opiekowała się dzieckiem, jej mąż w otoczeniu przyjaciół od czasu do czasu udawał się na polowania, jak to było w rodowym obyczaju. Tutejsze lasy pełne były zwierzyny i myśliwi zawsze powracali do zamku w doskonałych nastrojach. Istniała jednak pewna niepisana tradycja, o której wiedzieli nie tylko przedstawiciele rodu, ale również wszyscy mieszkańcy dobromilskiej ziemi – nikt nie miał prawa polować na orły, nikomu też by taki śmiały pomysł nawet do głowy nie przyszedł, co prawda nikt z Herburtów nie wierzył w legendy powtarzane z pokolenia na pokolenie o tym jakoby każdy Herburt po śmierci przybierał postać orła, ale też z szacunku do majestatu pięknego ptaka nie byłby w stanie nastawać na jego życie. Kto wie – może mimo zapewnień, gdzieś na dnie serca taiła się obawa, że legenda kryje w sobie prawdę?

Młody Herburt, pełen życia i szczęścia, niesiony energią i pewnością siebie, a także naukami, które w różnych szkołach odebrał, nie chciał wierzyć w ludowe gusła – jak nazywał opowieści krążące wśród ludu, niepomny zawartej w legendzie przestrogi, według której, każdy, który porwie się na życie orła, niechybnie poniesie karę, postanowił jako pierwszy z rodu upolować ptaka. Nie przyszło mu to łatwo, coraz częściej wymykał się z zamku, obserwował orlą rodzinę od świtu po wieczór, zapominał o swoich mężowskich i ojcowskich obowiązkach, zaniedbywać zaczął rodzinę, nie zwracał uwagi na przestrogi żony, coraz bardziej zaczął się oddalać i od niej i od małego synka. Myśl o zabiciu orła nie dawała mu spokoju i zawładnęła nim całkowicie, był jak urzeczony, zaczajał się w miejscu, w którym mógł dosięgnąć orła i choć codziennie widział go i już miał do niego strzelać, to jednak wciąż nie mógł zdobyć się na odwagę, toczył prawdziwy bój ze sobą i z orłem. Wielki, wspaniały ptak nie tylko stał się głównym bohaterem jego dni, ale też nocy, gdy tylko sen go zmorzył, od razu pojawiał się w nim szybujący nad zamkiem orzeł… Młody Herburt nie mógł się uwolnić od tych myśli, w końcu postanowił – dziś zabiję orła!

Tym razem ręka mu nie drgnęła, gdy naciskał spust broni – kula dosięgła pięknego orła w locie… ciężko opadł na ziemię z rozpostartymi bezradnie skrzydłami… Stało się! Młody pan co tchu w piersiach ruszył ku swojej ofierze, wspiął się na skały, przebiegł wśród gęstych zarośli ku górze i zobaczył nieżyjącego już ptaka… nie wiedział, że w tym samym momencie, gdy oddał śmiertelny strzał do orła, odebrał również życie swojemu małemu synkowi!

Zdrowe, wesołe dziecko, bawiąc się w swojej komnacie nagle upadło i nie odzyskało już przytomności, gdy jego ojciec ze swą zdobyczą zbliżał się do wrót zamku od razu zauważył, że stało się coś złego, jego serce struchlało z przerażenia, gdy wbiegając do komnaty zobaczył swoją żonę całą trzęsącą się od płaczu i zawodzącą nad leżącym bez życia dzieckiem…

Teraz uwierzył, że legenda kryła w sobie prawdę. Osieroceni rodzice nie doczekali się już kolejnego dziecka – tak miał wyginąć sławny ród Herburtów.

O zaczarowanych krakowskich gołębiach

Każdy, kto był kiedyś w Krakowie albo w dawnej stolicy Polski mieszka wie, że w tym mieście swoje miejsce od zawsze mają gołębie. One też zdają się wiedzieć o tym, że Kraków jest również ich stolicą i ich szczególnym miejscem na ziemi. Nikt chyba nie wyobraża sobie Krakowa bez gołębi, a szczególnie Rynku. Gołębie mogą liczyć na przychylność turystów, którzy uwielbiają robić sobie zdjęcia w ich towarzystwie, a ponieważ i one z natury są towarzyskie i nie boją się ludzi, od pokoleń zamieszkując wraz z nimi krakowską ziemię, na zdjęciach prezentują się wspaniale, szczególnie, gdy całym stadem przelatują z miejsca na miejsce licząc na to, że ktoś nakarmi je smakołykami.

Niektórzy nie lubią gołębi, niestety, zdarza się, że podczas spokojnego spaceru, ewentualnie wypoczynku w cieniu drzew na pobliskich Plantach jakiś gołąb obdarzy nas „ptasią niespodzianką”, która niekoniecznie dobrze prezentuje się na kołnierzu płaszcza, czy marynarki… To naprawdę może zdenerwować nawet najprzyjaźniej do gołębi nastawionego turystę, czy mieszkańca Krakowa, ale cóż, trzeba pamiętać, że w Krakowie jest miejsce i dla ludzi, i dla podniebnych mieszkańców, bez których miasto nie byłoby jednak sobą!

Nikt nie wie dlaczego to właśnie Kraków tak sobie upodobały kolejne pokolenia gołębi… a może krakowskie gołębie, podobnie jak miasto, nad którym góruje Wawel z Zamkiem Królewskim, są także niezwykłe i może to nie gołębie, a zaczarowani ludzie? Dlatego w dużym mieście czują się jak u siebie i nie bojąc się wcale towarzystwa ludzi kroczą dumnie między nimi i przemierzają na swoich gołębich, różowych nóżkach krakowskie place, skwery, ulice, a na Rynku zbierają się w mniejszych lub większych grupkach, za nic sobie mając tysiące turystów przysłuchujących się dźwiękom hejnału wygrywanego od wieków z wieży Kościoła Mariackiego, nie bojąc się ciągłego ruchu, blasku fleszy, kamer… Gołębie są tu naprawdę u siebie

A jak bardzo naprawdę – o tym opowiada jedna z krakowskich legend. Działo się to za panowania księcia Henryka IV Probusa – książę chciał zjednoczyć wszystkie polskie ziemie, potrzebował jednak mnóstwa pieniędzy, by dzieła tego dokonać, tymczasem książęca kasa świeciła pustkami. Rozmyślał książę wraz ze swoimi doradcami nad tym jak zdobyć tyle pieniędzy, aby móc zjednoczyć ziemie pod swoim panowaniem. Ktoś podpowiedział mu, że w Krakowie mieszka wróżka, która potrafi czarować, mieszczanie od dawna o jej niezwykłej mądrości i ponadnaturalnych umiejętnościach opowiadali, jeden z książęcych sług wiedział, gdzie wróżka mieszka i za namową książęcą udał się wprost do jej domostwa.

Wróżka wysłuchała tego co sługa księcia miał jej do powiedzenia i zgodziła się pomóc władcy. Znała jeden sposób, dzięki któremu książę z pewnością zdobędzie upragnione i tak bardzo potrzebne mu pieniądze. Nie wiedziała jednak, czy książę wyrazi zgodę na to, aby swoje czary mogła odprawić…

Książę wysłuchał starej wróżki, zastanawiał się długo, jego oblicze przybrało surowy wyraz, widać było, że jeszcze się namyśla, ale też coraz większą pewność wróżka wyczytywała w jego oczach. W końcu książę skinął głową potakująco i dał wróżce przyzwolenie na wykonanie czarów. Wróżka wróciła do swojego domu, otworzyła jedną ze starych, grubych ksiąg, wyszukała stronicę, na której przed wiekami zapisano słowa zaklęcia, po czym nad wielkim kotłem, nad którym unosił się dym wielobarwny, o niezwykłej woni, wypowiedziała kilka zaledwie słów. To jednak wystarczyło, aby czar zadziałał!

Gdy tylko dym znad czarodziejskiego kotła unosić się zaczął nad miastem, stały się tam rzeczy przedziwne, niedługo potem znikli wszyscy rycerze z książęcej drużyny, za to nad całym Krakowem zaczęły fruwać gołębie, całe stada gołębi. Leciały szybko w stronę Rynku, po czym obsiadły wieże Kościoła Mariackiego i wszystkie w tym samym czasie zaczęły wydziobywać drobne kamyczki ze ścian kościoła, gdy tylko kamyczki upadały na ziemię, zamieniały się w złote monety, było ich bez liku, książęca służba zaczęła zbierać pieniądze do koszy, gołębie pracowały coraz szybciej, aż trudno było sługom księcia napełniać monetami kolejne kosze. Pieniędzy było bardzo dużo, na tyle, aby książę mógł zrealizować swoje marzenie i wszystkie ziemie zjednoczyć. Miał pieniądze, ale nie miał wojska, wszyscy wojowie zmienili się bowiem w gołębie!

Wróżka obiecała przywrócić im normalną postać, najpierw jednak książę musiał udać się do Rzymu, starać się o poparcie papieża dla swoich zamierzeń, rycerze mieli zostać odczarowani po powrocie księcia z papieskiej stolicy. Książę jednak nie spieszył się, kolejne dni spędzał na ucztowaniu i polowaniach, tracił coraz więcej pieniędzy i nigdy już do Krakowa nie wrócił. Zapomniał o swoich rycerzach zamienionych w gołębie, a ci do dziś dnia czekać mają na swojego księcia, bo tylko on może im przywrócić ludzkie kształty. Nie wiedzą, że książę nigdy już nie powróci, ale wciąż uparcie wzlatują ponad wysokie wieże kościołów, ponad dachy nowoczesnych wieżowców, przysiadają na oknach strychów starych kamienic i na balustradach balkonów, przechylają główki to w jedną, to w drugą stronę, wypatrują swojego księcia, rozpoznają go w kolejnych mijanych ludziach, ale nie mogą go odnaleźć…

Czy krakowskie gołębie to naprawdę zaklęci rycerze księcia Henryka?

o Ślęży

Niedaleko Wrocławia, wśród innych wzniesień leży Ślęża, góra niezwykła, nie wyróżniałaby się wśród innych tak bardzo, gdyby nie związane z nią mity i legendy. Jak każda legenda, tak również ta o powstaniu Ślęży, musi mieć w sobie jakieś ziarno prawdy, skąd, bowiem miałyby się wziąć właśnie na tej górze do dziś zachowane tajemnicze kamienne rzeźby, które z racji swoich kształtów zyskały nazwy: „Niedźwiedź”, „Pielgrzym” i „Panna z rybą”?

Ślęża musiała od tysiącleci oddziaływać na wyobraźnię ludzi, którzy mieszkali u jej stóp, jak dowiodły badania – na górze odprawiane były pogańskie rytuały i modły już kilka tysięcy lat temu…

Być może Ślęża budziła wśród nich strach? Nie wiadomo, jeśli jednak wierzyć legendzie przekazywanej z pokolenia na pokolenie – pod górą mieści się zakopana pod jej ciężarem brama prowadząca wprost do królestwa Lucyfera – to brama piekielna! Jak to się stało, że góra na wieki zablokowała wejście do piekieł, przez co diabły do dziś włóczyć się mają po świecie, nie mogąc odnaleźć drogi powrotnej do swego czarciego królestwa?

Same diabły są sobie winne – a wszystko wzięło swój początek w zazdrości. Zanim Ślęża zakryła wejście do piekielnej bramy, diabły pod osłoną nocy wychodziły z piekieł na ziemię, a że była ona piękna, porosła wielkimi lasami, w których nie brakowało ni zwierzyny wszelakiej, ni roślinności, a ludzie wiedli tu dostatnie życie, diabły bardzo zazdrościły im dostatku, podchodziły wieczorami, a bywało również, że o świcie do domostw i zachodziły w głowę dlaczego ludzie kończą albo zaczynają dzień z uśmiechami na twarzach, rano ochoczo idą do pracy, a wieczorem, choć zmęczeni całodziennym trudem, przy wieczerzach ze śmiechem opowiadają sobie o tym, co spotkało ich za dnia.

W całej okolicy trudno było spotkać smutne dziecko, dorosłego, czy starca. Wszyscy wiedli spokojne i szczęśliwe życie. To diabłom nie było w smak, trudno było skusić kogoś do występku i grzechu, diabły zastanawiały się co zrobić, aby uprzykrzyć życie ludziom i sprawić radość swojemu królowi, Lucyferowi, diabla złość z dnia na dzień potęgowała się, a i Lucyfer coraz bardziej zniecierpliwienie przejawiał!

Postanowiły więc diabły zasypać całą piękną okolicę kamieniami, spustoszyć wsie, łąki i rozległe lasy, zamienić je w skaliste, niedostępne góry, pełne niebezpiecznych zakamarków, w których przepadaliby na wieki śmiałkowie chcący między wrogimi górami znaleźć drogę do przyjaźniejszych człowiekowi i zwierzętom miejsc…

Lucyferowi spodobał się pomysł poddanych mu diabłów, wyznaczył więc im miejsce i czas dogodny do tego, aby czarcią robotę wykonać – wszystko miało się zakończyć w Noc Świętojańską. Diabły z ochotą przystąpiły do pracy, wywlekły na powierzchnię wielkie głazy i kamienie, tak wielkie, że niektóre z nich przypominały duże pagórki i wzniesienia, w wielkich skalnych blokach łupały diabły jaskinie, pieczary, urwiska – wyobraźni czartom nie brakowało, w ich złych oczach migotały złowieszcze błyski, gdy wyobrażać sobie zaczęły ludzi wpadających w osuwiska i ostępy skalne, widziały diabły oczami wyobraźni ludzkie przerażone oczy, napawały się krzykiem spadających ze skał i z tym większym zapałem brały się do pracy, pracowały dniami i nocami, nie pozostało już im wiele czasu do Nocy Świętojańskiej, kiedy praca, zgodnie z rozkazem Lucyfera miała zostać zakończona.

Rosły skały, pośród żyznych ziem i rzek stawały skalne bloki, choć diabły same nie mogły tego zobaczyć, to wybudowały już całe łańcuchy górskie, a jak się miało okazać, były to Sudety ze szczytem najwyższym, później nazwanym Śnieżką, diabłom wciąż było mało – rosły w poprzek i na boki kolejne góry i wzgórza, ale jakby już mniejsze, nawet diabłom po ciężkiej pracy wykonywanej nieprzerwanie i w dzień, i w nocy, ubywało sił, coraz częściej układały się na kamieniach i zamiast pracować, zgodnie z rozkazem Lucyfera, diabły, jak to diabły, rozleniwiły się i wygrzewały w promieniach słonecznych.

Lucyfer nie był zadowolony z ich postawy, góry, choć wysokie, z licznymi załamaniami, pieczarami, występami, wciąż go nie zadowalały, ponaglał więc diabły, wybudzał ze snu i wściekle ogniem je smagał, nie zauważył, że do wyrosłych z nagła gór, których dotąd nie było na ziemskich mapach, zbliżył się hufiec anielski wysłany z Nieba ku pomocy ludziom przez diabły nagabywanym. Czarty zaniechały więc dalszej swej roboty i zaczęły – na rozkaz Lucyfera – walkę z niebiańskimi przybyszami, rzucały wściekle kawałami gór i skał w anielski hufiec, walka między diabłami i aniołami przybierała na sile, nie zauważyły nawet szeregi Lucyfera, kiedy usypały wielką górę z rzucanych w stronę aniołów kamieni i skalnych ścian…

Anioły rozpłynęły się w błękitach wysokiego nieba, a strudzone, ale zadowolone z siebie diabły, myśląc, że bitwę z nimi wygrały, poczęły szukać wejścia do swojego podziemnego, czarciego królestwa… jakież było ich zdziwienie, gdy bramy do piekła nie znalazły, okazało się, że same, usypując górę z głazów rzucanych w stronę aniołów, drogę do królestwa ciemności na wiek wieków zablokowały i odtąd snują się po okolicach wciąż u podnóża Ślęży próbując odnaleźć szlak prowadzący do piekła. Czasem pełne wściekłości nasyłają nad Ślężę burzowe chmury i próbują ognistymi piorunami wyrzeźbić drogę do piekielnych bram, ale, jak mówią tutejsi bajarze, czarty nigdy nie pokonają góry, która do końca świata stać będzie na swoim posterunku.

O Waligórze i Wyrwidębie

Działo się to dawno temu, pewnego razu żona myśliwego wybrała się do pobliskiego lasu zebrać trochę jagód, zmęczyła się jednak i niepomna swojego stanu, a nosiła pod sercem dzieci, zaczęła rodzić. Nie było wokół nikogo, kto mógłby jej pomóc, na świat przyszło dwóch chłopców-bliźniaków, matka tuż po ich urodzeniu zmarła, osamotnione dzieci głośno płakały, a ich głos niósł się po całym lesie. Pod wieczór niemowlęta odnalazły leśne zwierzęta, niedźwiedzica i wilczyca, które same niedawno urodziły swoje dzieci, odezwał się w nich instynkt macierzyński i wilczyca wzięła ze sobą jedno dziecko, a niedźwiedzica drugie.

Wykarmiły chłopców, a ci rośli i rośli, coraz bardziej i bardziej. Mieszkali wraz ze swoimi leśnymi rodzinami głęboko, w ostępach puszczy, gdzie żaden człowiek się nie zapuszczał, nie stracili jednak kontaktu ze sobą i gdy stali się już dorośli postanowili wyjść z lasu, nie znali innych ludzi, choć czasem słyszeli ich głosy, nie wiedzieli zatem, że są inni od reszty, nie tylko dlatego, że wychowały je przybrane zwierzęce matki – niedźwiedzica i wilczyca, ale również dlatego, że są w porównaniu ze swoimi rówieśnikami bardzo wysocy, wielcy i mają ponadludzką, niezwykłą siłę!

Dla jednego z dorosłych już chłopców wyrwać drzewo z korzeniami, nawet wielki, parusetletni dąb, nie było żadnym wyczynem, dla drugiego przenieść górę z miejsca na miejsce też nie było wielkim wysiłkiem. Bracia żyli więc w poczuciu bezpieczeństwa, las był ich domem, leśne zwierzęta przyjaciółmi, a dzięki swojej sile nie musieli się też nikogo i niczego bać. Młodzi byli i jak to młodzi poczuli potrzebę przeżycia przygody i poznania świata, pożegnali więc swoje przybrane rodziny i postanowili ruszyć w świat, który był dla nich niezwykle pociągający i tajemniczy, wiedzieli, że jest gdzieś, poza gałęziami drzew, poza leśnymi polanami, ustroniami, rzekami i strumykami, nie wiedzieli jednak jak wygląda, wyszli na polanę i postanowili iść gdzie ich oczy poniosą, co postanowili, tak też uczynili.

Szli długo, mijały godziny, dzień zaczął chylić się ku zachodowi, wtem, przy zagajniku zobaczyli miniaturowego człowieczka, który machał ku nim przyjaźnie. Okazało się, że on również nie był zwyczajnym człowiekiem, oni ponadnaturalnie wielcy, on – przeciwnie – malutki, a jednak szybko się zaprzyjaźnili, człowieczek podarował im niezwykły dar – buty, które przenosiły tego, który je założył o całe mile, szczęśliwy posiadacz tych niezwykłych trzewików mógł więc niemal latać, a w razie niebezpieczeństwa szybko uciekać, nikt nie mógł go dogonić. Człowieczek miał też ze sobą niezwykły, czarodziejski dywan, wystarczyło na nim usiąść, a on wzbijał się w powietrze i latał. Widział mały przyjaciel Waligóry i Wyrwidęba, że obaj bracia bardzo utrudzeni są swoją wędrówką, podarował im więc zaczarowane trzewiki, każdy z chłopców dostał po jednym, w ten sposób mogli szybko przenosić się z miejsca na miejsce i poznawać świat, który krył przed nimi tak wiele tajemnic.

O jednej z nich opowiedział braciom ich mały przyjaciel – w niedalekim królestwie żył dobry król z dwiema córkami, pod rządami króla wszystkim poddanym żyło się dobrze i nie wiedzieliby mieszkańcy królestwa co to strach i nieszczęście, gdyby nie straszny smok, który nawiedził ich ziemie, na mieszkanie obrał sobie wielką pieczarę i codziennie wybierał się na łowy, kto, tylko był na tyle nieostrożny, że znalazł się zbyt blisko smoczej jamy, szybko tracił życie w paszczy potwora, smoczysko było wielkie i żarłoczne, nieraz zapuszczało się blisko domostw ludzkich i porywało zwierzęta gospodarskie, a bywało, że i dzieci, smok nie bał się nawet mężczyzn w sile wieku, nikt nie mógł dać mu rady!

Na nic się zdały prośby i obietnice króla, który pogromcy smoka obiecał rękę jednej ze swoich dwóch córek i pół królestwa we władanie, choć śmiałków początkowo nie brakowało, ostatecznie, widząc smoka, każdy z nich uciekał… o ile zdążył przed smoczymi kłami!

Waligóra i Wyrwidąb zrozumieli, że tylko oni mają szansę pokonać potwora i uratować nieszczęśliwych mieszkańców królestwa, postanowili więc ubrać swoje czarodziejskie trzewiki i udać się w kierunku, który wskazał im mały przyjaciel. Szybko zobaczyli ponurą, wielką pieczarę, w której mieszkał smok, a niedługo potem usłyszeli również jego ciężkie kroki i przeciągłe, głuche wycie, które zmroziło im krew w żyłach, choć obeznani byli od urodzenia z rykiem różnych, wielkich zwierząt, tak potwornego głosu nie dane im było wcześniej usłyszeć. Zrozumieli, że nie będą mieli łatwej przeprawy ze smokiem. Nie zwykli jednak się poddawać, silni nie tylko fizycznie, ale również odważni, postanowili zmierzyć się z bestią!

Wyrwidąb wyrwał największe drzewo, które znalazł nieopodal smoczej jamy i słysząc smoka szykującego się do wyjścia na kolejne krwawe łowy, zaczaił się na niego. Przeraził się, gdy zobaczył wielki łeb smoka z krwawymi oczami, toczącego z pyska dym i ogień, zamknął oczy, żeby nie uciec z przerażenia patrząc na bestię, zamachnął się i z całych sił uderzył smoka w głowę, ten nieco się zachwiał, ale drzewo, którym uderzył go Wyrwidąb, nie uczyniło mu większej krzywdy, już zamierzał ogniem z paszczy przypalić Wyrwidęba, ale chłopcu udało się uciec przed ogniem, magiczny trzewik przeniósł go daleko od smoczej jamy, w tym samym czasie Waligóra postanowił przywalić ogon smoka wielką skałą, jak pomyślał, tak też uczynił, w tym czasie wrócił już Wyrwidąb z wielkim dębem w ręce, Waligóra smoczy ogon pod skałą przytrzymał, a Wyrwidąb tym razem nie chybił i rozpłatał smoczy łeb.

Tak pospołu pokonali bestię, uwolnili mieszkańców królestwa od strasznego, smoczego sąsiedztwa, a tym samym obiecaną przez króla nagrodę otrzymali. Miał król dwie córki więc i Wyrwidąb i Waligóra niedługo potem mężami księżniczek się stali, sami wcześniej otrzymawszy tytuły książęce. Żyli długo i szczęśliwie, po śmierci dobrego króla sprawując rządy razem, w zgodzie i dla dobra wszystkich, ciesząc się szacunkiem i miłością poddanych.

O Giewoncie i zaklentych rycerzach

Nad stolicą polskich Tatr dumnie króluje Giewont – piękna góra, majestatyczna, gdy tylko znajdziemy się w Zakopanem, Giewont od razu przyciągnie nasz wzrok, nietrudno go rozpoznać – mieni się różnymi kolorami światła, pomiędzy głęboko rzeźbione bruzdy jego litowej „twarzy” dostają się promienie słońca, a lecące nad nim chmury pozostawiają cień we wklęśnięciach i załamaniach. Giewont zachwyca wiosną, latem, jesienią i zimą, o każdej porze dnia, gdy budzi się ze snu nad ranem, w ciepłych kolorach popołudnia i wśród głębokich barw nadchodzącego zmroku. Skąpany w słońcu wzywa do siebie i zaprasza, aby z jego wysokości spojrzeć na schowane u jego podnóży miasto, a podczas burzy wielu mógłby przestraszyć – wydaje się wtedy bardzo groźny, ale zarazem tchnie prawdziwym majestatem…

Gdy patrzy się na tę niezwykłą górę, można w niej z łatwością rozpoznać kształt śpiącego człowieka, być może niejednemu na myśl przyjdzie postać króla – pradawnego władcy Tatr, a może jednego z rycerzy, którzy, jak wierzyć powtarzanej od pokoleń przez górali polskich i słowackich legendzie, śpią wewnątrz góry, w jednej z podziemnych pieczar. Rycerze śpią od wieków snem spokojnym, ale czujnym, na znak dany im przez króla powstaną, wyjdą z wnętrza wielkiego Giewontu i przywrócą porządek na świecie. Kiedy to będzie? Nikt tego nie wie, starzy górale mówią, że gdy rycerze zbudzą się i na świat wyjdą, długo on już istnieć nie będzie, a wyjście rycerzy będzie poprzedzało jego koniec. Nie wszyscy jednak zgadzają się z tym podaniem i mówią, że król da rycerzom znak wtedy, gdy na świecie zło i niesprawiedliwość będą zwyciężać, zaklęte szeregi rycerskie powstaną, by ukarać zło i występek i wspomóc tych, którzy marzą o sprawiedliwości i czynią dobro…

Pasterze pasący swoje stada w Tatrach często opowiadali sobie historię o zaklętych rycerzach, o tym, że obudzą się kiedyś i wyjdą z jednego ze skalnych bloków Giewontu słyszał również młody juhas, Kuba. Doglądał owiec pasących się na halach, lubił je i rozpoznawał każdą z osobna, owieczki pasły się, a on siedział przy swoim szałasie na polanie i często spoglądał w stronę Giewontu rozmyślając o rycerzach i ich królu. Pewnego razu nie mógł się doliczyć wszystkich owiec, przyglądał się każdej i zdał sobie sprawę z tego, że jednej małej owieczki brakuje. Postanowił ją odszukać, nie było jej jednak nigdzie w pobliżu, młoda, skoczna owieczka musiała szybko oddalić się od stada, tak, że nie zauważył jej nieobecności. Kuba wędrował polanami, dolinami, szedł w górę, a później w dół, sam nie wiedział kiedy stanął u podnóża Giewontu – wydawało mu się, że między dwiema skałami przebiegło coś lśniącego w słońcu, pobiegł szybko w tę stronę i rzeczywiście odnalazł ślady owieczki, jakież było wielkie jego zdziwienie, gdy przy jednej z grot zobaczył  jednak nie owieczkę, której szukał, ale starego człowieka z koroną na głowie!

To ona błyszczała w promieniach słonecznych, a jej blask odbił się na skale, do której właśnie dobiegł Kuba. Od razu przypomniał sobie legendę o rycerzach i ich królu – to musiał być on! Patrzył na Kubę przyjaźnie, tak, że ten nie przeląkł się wcale i podszedł do starca. Spytał, czy jest królem, o którym od lat krążą po Zakopanem opowieści. Ten potwierdził i zaprosił pasterza do groty, przy której stali, powiedział też Kubie, by nie martwił się o swoją owieczkę, jest bezpieczna i zaraz ją ujrzy. Juhas bardzo się ucieszył, a jeszcze bardziej z tego, że widzi tajemniczego króla, o którym słyszał tyle opowieści, i o którym od dzieciństwa tak wiele myślał, wyobrażał sobie jak wygląda i czy rzeczywiście istnieje? Teraz szedł przed nim i prowadził go do groty, w której, jak myślał, śpią zaczarowani rycerze!

Kuba szedł w milczeniu za królem, korytarze wiły się wewnątrz góry, wreszcie dotarli do kolejnej jaskini, a tam Kuba zobaczył śpiących rycerzy. Król zbudził ich i przedstawił Kubę, poprosił go, aby opowiedział rycerzom o tym, co dzieje się na świecie. Kuba zaczął więc opowiadać o złym losie, o licznych krzywdach, których doświadczają ludzie, ale również o tym, że wielu z nich potrafi żyć godnie, przestrzegając dobrych zasad, bacząc jeden na drugiego, opiekując się dobrze sobą nawzajem i swoimi zwierzętami.

Rycerze z wielką uwagą słuchali opowieści młodego juhasa, widać było po ich oczach, że próbują wyobrazić sobie jak wygląda teraz świat, ludzie, Tatry… Kuba zakończył swoją opowieść, a oni spytali króla, czy czas już przyszedł, aby obudzić się, opuścić Giewont i pomóc tym, którzy czynią dobro – król stwierdził, że czas ten jeszcze nie nadszedł, gdy tylko to usłyszeli, rycerze ponownie zapadli w sen. Kuba nie mógł uwierzyć w to, co widział, nie był pewien, czy to prawda, czy tylko senne marzenie. Z zamyślenia wyrwał go jednak zupełnie realny głos króla, który uścisnął dłoń Kuby i powiedział, by nadal był tak dobrym człowiekiem, jakim jest, czynił dobro, bronił tych, którym dzieje się krzywda, dbał o ludzi, ale również o zwierzęta, a będzie szczęśliwy i zadowolony ze swojego życia, potem pokazał mu drogę wyjścia z jaskini i obiecał, że znajdzie u jej wrót zaginioną owieczkę.

Kuba grzecznie pożegnał się ze starcem, podziękował za tak wielki honor, jaki mu uczynił, pokazując swoich rycerzy i wyszedł z jaskini, obok na polanie pasła się mała owieczka, która z radością przybiegła do niego.

Kuba całe życie pamiętał o niezwykłym spotkaniu, wziął sobie też do serca rady króla, żył uczciwie, nigdy nikogo nie skrzywdził, a tych, którzy źle czynili, upominał, sam pomagał biednym, pocieszał smutnych – był dla wszystkich przyjacielem i wiódł szczęśliwe życie, ale o tym, że widział zaklętych rycerzy nikomu nie opowiedział, na pewno tego życzył sobie król, który cenił sprawiedliwość, dobro, ale również skromność.

O chciwej pani z Lubonia

Niedaleko wsi Lubonia stał niegdyś wielki zamek, dziś pozostał po nim jedynie kopiec i kilka kamieni. Z miejscem tym wiąże się legenda, warto o niej pamiętać, gdy chciwość ogarnia człowieka i owładnięty nią zapomina o tym, co w życiu najważniejsze – o miłości bliźniego i o tym, by zawsze mieć na względzie nie tylko dobro swoje, ale również drugiego człowieka. Nie powinno się nigdy zapominać o innych, nawet, jeśli przed oczami i na wyciągnięcie ręki będziesz miał najpiękniejsze skarby, drogie kamienie, perły, złoto, czy diamenty – ich mocny blask może spowodować, że oślepniesz… choć nadal oczy będą wszystko widziały, to serce i rozum zamkną się na dobro i brnąc w chciwości, przywiedziesz swoje życie do niechybnej zguby – spotkało to pewną bogatą damę, dziedziczkę Luboni, znaną jako pani Zborowska… Stare zamczysko górowało jeszcze nad lubońską okolicą, gdy do pobliskiego dworu wprowadziła się nowa dziedziczka ze swym dworem, bogata to była pani, posiadaczka kilkudziesięciu wsi, a nazywała się Zborowska. Zaraz po przybyciu do dworu rozejrzała się po swojej nowej siedzibie – przestronne pokoje i korytarze, piękne łazienki i gotowalnie, salon, jadalnia – wszystko zrobiło na niej bardzo dobre wrażenie. Nowa dziedziczka była zadowolona, po długim dniu spędzonym w podróży, szybko zasnęła w nowym łożu, gdy tylko zamknęła oczy zaczął się jej śnić dziwny sen, pojawiały się w nim obrazy górującego nad okolicą starego zamku, chodziła długo po jego korytarzach, aż nagle natrafiła na małą komnatę, gdy uchyliła niskie, choć bardzo ciężkie, kute drzwi, jej oczom ukazał się wielki blask, podeszła bliżej i zobaczyła skrzynie wypełnione wszelkiego rodzaju kosztownościami, złotem, diamentami, monetami, nie mogła ich jednak dotknąć, gdy tylko próbowała – w śnie uchwycić bryłkę złota, czy perłowy naszyjnik – marzenie senne opuszczało ją i budziła się w środku nocy czując jakiś niezrozumiały lęk i mimo, że skarby ukryte w zamku były niezwykle piękne, przeszywał ją, na wspomnienie tych kosztowności, dreszcz wstrętu i strachu. Nie wiedziała co to może znaczyć, sen powtarzał się każdej nocy, wyczerpana dziedziczka nie mogła znaleźć sobie miejsca po nieprzespanych nocach, a gdy tylko zamykała oczy sen o skarbach znów ją nawiedzał, było tak każdej nocy przez okrągły rok. Pani Zborowska po upływie dwunastu miesięcy od przybycia do Luboni postanowiła wreszcie sprawdzić, co może się znajdować w zamkowych piwnicach. Wcześniej słyszała od okolicznego chłopstwa legendę o ukrytych w zamku skarbach, tym bardziej więc jej ciekawość z dnia na dzień rosła i rosła… Chłopi opowiadali między sobą, że skarb ukaże się oczom tego, który jest niewinny i czysty. Dziedziczka nie wahając się dłużej, kuszona wizją odnalezienia wielkiego skarbu, postanowiła zaprząc do niewdzięcznej pracy małe, niewinne dzieci – skarb miał być wykopany samymi rękami, potrzebnych jej było zatem wiele dziecięcych dłoni, a że były one małe i drobne, nie oszczędziła Zborowska nawet trzylatków, wszystkie dzieci z okolicznych wiosek do niej należących pracowały wiele godzin, tnąc sobie rączki na ostrych kamieniach zamkowych ścian… Płacze dzieci odebranych rodzicom, głodnych i przestraszonych nie robiły na dziedziczce wielkiego wrażenia. Wizja skarbu całkowicie nią zawładnęła, o niczym innym nie potrafiła już myśleć, chciwość zmieniła ją nie do poznania, jeszcze przed przybyciem do Luboni znana z zamiłowania do wygodnego życia, teraz zdawała się myśleć tylko o wielkiej fortunie, którą już niedługo będzie się cieszyć! Dzień za dniem mijał, a skarbów nie było widać, do czasu! Pewnego wieczoru natrafiono pod grubą warstwą ziemi na dziwną ścianę, okazało się, że to nie ściana, ale wrota – dziedziczce serce mocniej zabiło, wyglądały dokładnie jak w jej śnie! Z dużym wysiłkiem otworzono je, ale jak się okazało, za nimi były kolejne drzwi, kolejne i jeszcze jedne – po ich otworzeniu oczom wszystkich ukazały się wielkie skarby, pod sklepieniem małej piwniczki w wielkich skrzyniach i na ziemi – wszędzie pełno było złota i innych kosztowności, nikt z obecnych nie widział nigdy w życiu takiego bogactwa… poza panią Zborowską, która znała wszystko… ze snów. Podeszli ludzie do najbliższej skrzyni, uchylono jej wieko, gdy wtem ryk straszny wstrząsnął powietrzem, okryło się ono w jednej chwili ciężkimi, szarymi chmurami, a w cieniu przepływających czarnych niemal obłoków pojawiła się złowieszcza postać rycerza odzianego w sino-czarne szaty siedzącego na karym, wielkim rumaku, wydawało się, jakby unosił się w powietrzu, a ostry jak świst wiatru głos rycerza dał się słyszeć dokładnie pośród wiatru rozdmuchującego ołowiane chmury – „Moje imię to Szatan!” – krzyczał, „a skarby są moje! Nikomu nie wolno ich ruszać!” – przerażone dzieci i chłopi padli na kolana, niejednemu włos stanął dęba na głowie, tak przerażający był głos jeźdźca, który wyjawił przed chwilą straszne swe imię. Jedna osoba wydawała się jednak nie przerażać obecnością Szatana, nie zważyła na jego przestrogę i szybko pobiegła do piwniczki, aby wreszcie po dwunastu miesiącach móc poczuć złoto dotąd tylko w śnie widziane, w swych dłoniach… była to pani Zborowska. Otworzyła wieko skrzyni i wzięła pełną garść złota i drogich kamieni, w tej samej chwili przybiegł do niej jeden z służących i krzyknął – „wieś płonie!” Pobiegli wszyscy gasić płomienie i ratować dobytek, niestety, wszystkie domy spłonęły, a po wsi zostały tylko zgliszcza. Nie przejęła się nieszczęściem ludzi Zborowska i kolejnego dnia znów wiedziona chciwością do piwniczki ze skarbem przybyła, wystarczyła chwila, gdy po raz kolejny przerażone głosy nad okolicą się rozległy – kolejna wieś płonęła, tak dwanaście wsi istnieć przestało, a dziedziczka głucha na ludzką biedę wciąż kolejne skarby znosiła do swojego dworu… Nie wytrzymali więc chłopi i ukarali ją okrutnie – gdy po raz kolejny weszła do piwnicy, zakopali ją w niej, i tak na wieki ze skarbami swymi została…

Legenda o Syrence Warszawskiej

Skąd przybyła do przyszłej stolicy Polski, dlaczego za swój dom obrała brzeg Wisły, w pobliżu którego później wyrosło wielkie miasto – Warszawa? Czy opuściła swoje oceaniczne królestwo sama, czy z siostrą? Tego do końca się nie dowiemy – legenda głosi, że Warszawska Syrenka nie była jedynaczką, wraz z siostrą wychowywała się w Oceanie Atlantyckim, na dnie oceanu, zapewne, istniało przed wiekami podwodne królestwo, piękne siostry żyły w bogactwie i przepychu, a morskie zwierzęta podlegały władzy ich morskich rodziców, kiedyś, zapewne również i one stałyby się królowymi Atlantyku, a że były bardzo ciekawe innych podmorskich i ziemskich królestw, o których musiały słyszeć w opowieściach rusałek i innych morskich stworzeń, postanowiły udać się w daleką drogę.

Obie dziewczyny były niezwykle piękne, tak uroczych kobiet próżno było szukać na całym świecie, nie były to jednak zwyczajne dziewczęta, a syreny, pół-kobiety, pół-ryby. Obdarzone nieziemską urodą, olśniewały przecudnymi twarzami, włosami, szyjami i ramionami, dolna część ich ciała przypominała o tym, że są to morskie stworzenia – syreny miały rybie ogony pokryte wielobarwnymi i połyskującymi łuskami.

Siostry wybrały się w morską podróż, przypłynęły na wody Bałtyku, morze tutejsze wydało im się szczególnie piękne, bawiły się między skałami, wypływały na ląd, obserwowały bijące o brzegi morskie fale, a nade wszystko – śpiewały głosami tak pięknymi, że nawet ptaki przerywały swoje serenady, aby w skupieniu słuchać przedziwnych, ni to morskich, ni to leśnych, ni to wiatrem pisanych syrenich pieśni, przepełnionych niepewnością, tęsknotą, za tym co jest, a czego pojąć nie można, za miłością, pięknem, radością i smutkiem…

Jednej z sióstr spodobały się okoliczne wyspy, przypadły jej do gustu tak bardzo, że postanowiła właśnie tu zostać na stałe – dziś Syrenka jest dumą Kopenhagi.

Druga z sióstr dopłynęła do Gdańska, a potem, słuchając swego serca, które podpowiadało jej, aby płynęła dalej, ruszyła wodami Wisły na południe, płynąc mijała wioski i małe miasteczka, brzegi pokryte głębokimi, ciemnozielonymi, niemal czarnymi lasami, które wyśpiewywały w wietrze swoje tajemnicze pieśni, wreszcie odnalazła miejsce, które wydało się jej szczególnie bliskie, obrała sobie mieszkanie wśród wysokich brzegów rzeki, a gdy tylko wieczór nastał, z radością wyśpiewywała swoje niezwykłe pieśni. Głos Syreny niósł się po pobliskich łąkach i lasach…

Pewnego wieczoru Syrenka, jak zwykle przypłynęła do brzegu i wpatrzona w światło księżyca połyskujące wśród wiślanych wód, snujące się srebrzystą poświatą wśród trzepoczących na wietrze liści drzew i oświetlające polną drogę, wydobyła z siebie głos tak piękny, jak to, co wokół siebie widziała. Wychowana w oceanicznej toni, nie widziała, że świat również nad wodą może być tak piękny, że dniem światło słońca może namalować przed jej zdumionymi oczami tak piękne, pełne kolorów obrazy, a nocą księżyc wśród cieni i świetlnych błysków wydobywa z mroku kształty, których w dzień próżno byłoby szukać… Zapatrzona w te nocne dziwy, zapomniała Syrenka o tym, że godziny biegną, nie zauważyła też, że zza pobliskich drzew obserwują ją czyjeś zaciekawione i nieco onieśmielone oczy.

Wiedziony pogłoskami, według których nad brzegiem wiślanym zamieszkać miała panna niezwykła, pół-człowiek, pół-ryba, śpiewająca tak cudownie, że ludzie jej słuchający zapadać mieli w melancholijne, przepełnione marzeniami, niemal senne odrętwienie, przybył do zagubionej wśród leśnych ostępów wioski rybackiej bogaty kupiec.

Nie miał wobec Syrenki dobrych zamiarów, a ta, ufna, kochająca świat, przepełniona muzyką wód, ziemi, wiatru i lasów, zanurzona w swym śpiewie, nie spodziewała się, że ktoś może czyhać na jej wolność.

Niczego nieświadoma, pewnej nocy, jak zwykle, podpłynęła do brzegu i zaczęła cicho śpiewać, nagle coś opadło jej na twarz i ramiona, skrępowało, przerażona dziewczyna nie wiedziała co się dzieje, to kupiec pod osłoną nocy postanowił uskutecznić swój chytry plan – z zaskoczenia, jak dziki leśny zwierz, zaatakował, na Syrenkę opadła w oka mgnieniu mocna siatka, skrępowała ją, a kupiec porwał dziewczynę i uwięził w pobliskiej  szopie. Nic sobie nie robił z jej płaczu, zawodzenia i próśb, by ją puścił – sprytny handlarz uznał, że Syrenka przynieść mu może fortunę, gdy będzie ją pokazywał na jarmarkach – niezwykłej urody, morską pannę, śpiewającą tak pięknie, że słuchając jej pieśni, nawet ptaki milkną…

Kupiec zostawił Syrenkę w szopie i postanowił wrócić po nią, gdy tylko noc minie. Zostawiona w nieznanym miejscu, skrępowana, przerażona, przepełniona bólem i rozpaczą, uczuciami, których wcześniej w życiu swoim nie znała, zaczęła śpiewać tak głębokim głosem, tak przejmująco, że zbudziła rybaków – mieszkańców niedalekiej wsi. Wstali więc i przypomniawszy sobie o pięknej pannie, ni człowieku, ni rybie, której głos słyszeli już nieraz, ale ze strachu i nieśmiałości, nigdy nie zbliżyli się do niej, teraz przerażeni tym, co słyszą, wzruszeni, postanowili odważyć się i podążyć w ciemnościach za unoszącym się wśród łąk i lasów głosem.

Nie minęło wiele czasu, gdy odnaleźli starą szopę, z której dochodził głos Syrenki. Rybacy uwolnili dziewczynę i pomogli jej dostać się do wody. Syrenka na pożegnanie zaśpiewała im najpiękniejszą pieśń, jaką kiedykolwiek dane im było słyszeć, obiecała też, że odtąd zawsze będzie bronić ich wioski, a pokolenia całe, wspominając ją, nie zapomną o tym czym jest wolność i dobro.

Tak też się stało, mała wioska dała początek wielkiemu i pięknemu miastu – Warszawie. Mieszkańcy polskiej stolicy nie zapominają o swojej morskiej patronce – do dziś Warszawska Syrenka z mieczem wzniesionym do góry i tarczą w drugiej dłoni, broni swego miasta, a mieszkańcom przypomina o tym, by, jak ich dalecy przodkowie, nie zapominali, że prawdziwą siłę daje wolność i wrażliwe serce.

« Poprzednia strona